Aj, trzeba zacząć wyzbywać się wakacyjnego lenistwa! Trwa już zbyt długo. Coraz częściej zdarzają mi się ciekawe tematy, ale motywacji ani widu, ani słychu (ani "czuciu" tym bardziej ;P). Ale muszę powiedzieć, że te wakacje to był dla mnie długi kryzys. Mnóstwo sprzeczek, kilka awantur, kłótnie, poszukiwanie sensu... Zdecydowanie nie tak planowałam je spędzić. Oczywiście, nie tylko zło i gorycz mnie otaczały, ale dla samotnika 3-osobowa rodzina to jednak spore wyzwanie. Szczególnie w wypadku, kiedy należą do niej: osoba pewna siebie i z cechami autorytarnymi, osoba wybuchowa, która w gniewie potrafi się posunąć niezwykle daleko oraz wiecznie znudzone dziecko. Ja sama wcale lepsza nie jestem i takie połączenie generuje wiele trudnych doświadczeń. Często zastanawiam się nad sensem postępowania mojego i rodziny. Uderza mnie, że mogłam zrobić coś sprytniej, odpowiedzieć inaczej czy utrzymać pewną postawę i się nie łamać. Bo człowiek dorosły potrafi się postawić czemuś, co jest całkowicie absurdalne i sprzeczne z prawdą, gdy ktoś wymaga podporządkowania się. Walczy o siebie, bo nikt inny nie zawalczy. Pokazuje, że potrafi o siebie (i nie tylko siebie w wielu przypadkach) zadbać. Jestem w wieku przejściowym. Mimo to wciąż jest bardzo wielu ludzi, którzy nazwą mnie dzieckiem, a nie nastolatką, jak to być powinno. Dlaczego? Ze względu na mój wiek? Bo jeśli mam naście lat z pewnością zachowuję się jak głupek, ciągnie mnie do używek, wymykam się z domu i trzeba mnie trzymać krótko. Tak na wszelki wypadek. Przecież w głowie mam nie wiadomo co i wydaje mi się, że jestem kimś i mam na coś wpływ. Gdzie w rzeczywistości jestem jedynie rozpuszczonym bachorem i powinnam siedzieć cicho, najlepiej z nosem w książkach.
STOP.
Nie jestem rozpuszczoną małolatą. Potrafię zdobywać wysokie oceny. Nie piję, nie palę, nie oddaję każdemu, który mnie kręci, nie uciekam z domu, nie wykręcam od obowiązków. Z natury jestem bardzo poważna (na czym równie poważnie cierpi moje poczucie humoru). I nie uważam się za żaden ósmy cud świata. Po prawdzie moje zachowanie wcale nie jest gorsze od dorosłego, bo mogą sobie być starsi, bardziej doświadczeni i dojrzalsi. Nie zmienia to jednak faktu, że i ja mam swoje doświadczenia oraz dojrzałość (w wielu sprawach podobno ponad wiek, ale tu mi się ciężko wypowiadać), których NIKT mi nie odbierze. Wciąż jednak jestem wrzucana do jednego worka wraz z setkami innych "dzieci". Tylko my nie jesteśmy dziećmi. Każde z nas ma inne powody, dla których postępuje tak, a nie inaczej. Nikt poza nami nie musi o nich wiedzieć. Dlaczego ludzie wciąż są krytyczni i wmawiają nam, co myślimy w danej sytuacji? Albo z jakich powodów robimy to, nie tamto? Bo oni też byli kiedyś w naszym wieku? Totalna głupota! Najbardziej zarozumiały sposób myślenia! W tym wieku mam swoje opinie. Jestem całkowicie osobną, czującą i inteligentną (w znaczeniu: zdolną do myślenia) jednostką, dlatego nikt nie wie, dlaczego działam w taki sposób, bo nie ma na to żadnego stałego wzoru. Czasem mam wrażenie, że to dorośli są tymi, którzy pozjadali wszystkie rozumy. A przynajmniej na takich wyglądają w bezsensownej próbie... czego? Chronienia nas? Pokazania, że jesteśmy jeszcze niczym, a nasze doświadczenia nie mają wartości? Że nie jesteśmy w stanie sobie poradzić?
Wiek przejściowy cechuje się tym, że z dziecka staję się dorosłą. To nie następuje z dnia na dzień, to wieloletni proces, dlatego nie można nazwać mnie dorosłą, ale w konsekwencji dzieckiem również nie. Chcę poznać swoje granice, zaczynam odkrywać swoją seksualność w mniejszym lub większym stopniu, zmieniam zainteresowania i szukam kierunku, w którym pragnę podążać. Tylko jak to zrobić, jeśli oprócz zakazów prawa (których w żaden sposób nie neguję, bo chociaż nieidealne, to prawo wciąż jest prawem i nie ustanowiono go bez powodu) spotykają mnie nakazy i zakazy rodziców? I to rodziców, którzy może w jakiejś części szanują przebywany przeze mnie proces, ale jednak w pozostałej części widzą dziecko? Słyszę rozkazy, groźby, doświadczam odebrania własności, na którą mi pozwolili. W gruncie rzeczy udowadniają mi, jak bardzo jestem jeszcze nikim i jak bardzo jestem od nich zależna. Tylko cholera, jeśli nie mam praw, a moje życie jest podyktowane w pewnym stopniu przez rodziców, to jak mam pokazać, że jestem bliżej dorosłości? Jak mam być niezależna, jeśli prawnie nie spełniam żadnych warunków do bycia niezależną? Skończę któregoś dnia 18 lat, będę mogła pić i palić całkowicie legalnie, spadną wszystkie ograniczenia. Oczywiście, będzie się też ode mnie więcej wymagać, w końcu jestem pełnoletnia! No właśnie, pełnoletnia, ale... nie dorosła. Będę na tym samym etapie, co teraz. W dalszym ciągu niezdolna do wielu rzeczy. Upiję się, zobaczą mnie z papierosem, wyrzucą z pierwszej pracy i dalej będą gardzić, bo skoro jestem dorosła, to powinnam wiedzieć. Tylko SKĄD ta wiedza, ja się pytam? Gdzie ja znajdę dorosłość? Mam stać się dorosła w wieku 30 lat tylko dlatego, że ktoś traktował mnie jak dziecko, kiedy powinien przestawiać mnie na coś całkiem odwrotnego? Nie mogę niczego doświadczyć, nie mogę wrócić do domu o 23:00, nie mogę sprawdzić swoich limitów, kiedy jest jeszcze ktoś, kto pomógłby mi wyjść z ewentualnych kłopotów (co jest o tyle niedorzeczne, że hipotetycznie mogę legalnie współżyć z kim mi się zamarzy i rodzić dzieci ile wlezie, na co trzeba według mnie więcej odpowiedzialności, niż na głupie piwo). Poza tym niesamowite, jak silne jest przekonanie, że jeśli pozabrania się wszystkiego, to nic złego nas nie spotka. Kompletna bzdura! Nie dość, że spotka, to jeszcze nie będziemy w stanie sobie z tym poradzić. Nikt nas tego nie uczy. A będą od nas wymagać wiedzy o czymś tak "elementarnym". Albo klasyczne "nie będziesz wychodzić po nocach". Wydaje mi się, że to dotyczy głównie dziewczyn, bo to takie bezbronne, naiwne i bezmyślne stworzonka... Wait, what?! Jasne, może mi się coś stać, jeśli pójdę w wyjątkowo zniesławione miejsce pełne ludzi wątpliwych rozrywek. Tylko a) jeśli wychodzę z psem o 22:00, to uwierzcie, że moim celem jest jego pusty pęcherz, nigdzie indziej się o tej porze nie wybieram, b) mam instynkt samozachowawczy, gdybym chciała pić i truć się papierosami czy trawą, to zrobiłabym to tak czy siak, c) zaatakować może mnie każdy o każdej porze - dzień nie jest bardziej bezpieczny od nocy i vice versa. Mam dwie sprawne nogi, nie wymagam specjalnej troski, rozsądek też nie szwankuje, więc gdzie problem? Bo gdyby chodziło o brak zaufania do świata, to nie musiałabym jeździć wszędzie autobusem/iść na piechotę, o znajomych nie musiałabym się martwić (bo jak się martwić o coś, czego nie ma?) oraz nie dręczyłyby mnie myśli dotyczące wyjścia z psem. Także wniosek wyciągam prosty: to mi nie ufają. Tylko dlaczego? Kiedy nadszarpnęłam zaufanie? A może nigdy nie zostałam nim obdarzona? Czy gdybym miała penisa i na imię np. Jurek, to całe nastawienie byłoby inne? Tylko przecież w takim razie znów wracamy do kwestii płci. Może to jest kombinacja płci i braku zaufania do nastolatki? To zdecydowania nie ułatwia wkraczania w dorosłość, pokazania, że jestem pełnowartościową, sprawną i inną od wszystkich jednostką. Aż strach pomyśleć, z czym borykają się osoby dotknięte przez jakąkolwiek niepełnosprawność będąc w moim wieku. Im więcej razy będzie mi dyktowane, tym bardziej będę się stawiać dyktaturze. Bo psychika mi się zmienia. Od tego, że ktoś nazwie mnie dzieckiem - nie stanę się nim. W pewnym stopniu jestem dorosła i tak chcę być traktowana. Tak każdy w moim wieku powinien być traktowany. Jasne, nie pracujemy i nie zawsze na forum publicznym to my ponosimy konsekwencje. Ale ucząc się nie zawsze możemy pracować, a sztuki radzenia sobie z konsekwencjami też się nie uczymy, ponieważ NIC nie jest nam dozwolone. I mogłabym tak pisać w kółko, ale zakończę krótko. Nie jestem dzieckiem. Mam swój bagaż doświadczeń i odpowiadający mu, mojej inteligencji oraz osobowości stopień dojrzałości. Mam pewne potrzeby i (uwaga, uwaga, niektórych może to oburzyć) oczekiwania względem reszty świata. Jeśli przynajmniej te bardziej logiczne i wymagające mniej wysiłku zostaną spełnione, ja też spełnię wymagania względem mnie. Jeśli nie, to będzie ze mną ciężko. Ostatnio mam do siebie coraz więcej szacunku i uważam, że w tym wieku pewne drobne rzeczy (jak np. zapukanie przed wejściem do pokoju albo całkowita rezygnacja z wchodzenia, kiedy przyjeżdża chłopak, z którym NIE współżyję, ale owszem, dokonuję tzw. innych czynności seksualnych - ogółem zachowanie prywatności) wcale nie są wygórowanymi oczekiwaniami i nie ubliżają one nikomu w moim otoczeniu. Nie potrzebuję pomocy w zakładaniu skarpetek, z wieloma konsekwencjami też chcę radzić sobie sama, nawet jeśli są trudne i łatwiej zostawić je komuś. Naprawdę, potrzebuję tego. Każdy w tym okresie potrzebuje.
sobota, 22 sierpnia 2015
niedziela, 5 lipca 2015
Patrzymy w jedno niebo.
"Jest 6 lipca bieżącego roku, godzina 00:11. Mam na imię Oliwia. Dwa lata temu zdiagnozowali u mnie raka macicy. Jest szansa, jest operacja. Ale jeśli ona nic nie wniesie, zostało mi 11 miesięcy. Boli mnie wszystko. W głowie pojawia mi się tysiąc myśli na minutę, co rozchodzi się po moim ciele. Ale nie jest mi źle. Nie chcę umierać, ale też nie boję się tego. Nie cierpię na zewnątrz. Ale czasem trzeba to wreszcie z siebie wyrzucić. Ja wyrzucam to z siebie teraz. Wiem, że zranię wiele osób moim odejściem, ale mam nadzieję, że zapomną o tym szybko. że będą żyć dalej. Nie jest mi potrzebna pamięć innych ludzi, Która tylko ich krzywdzi. Niosę swoje złe uczynki na sobie, wybaczam i uśmiecham się do was. Nie myślcie o mnie jak o chorej osobie. Jestem taka jak wy, tylko trochę inna. To coś takiego, jakbym miała inny kolor oczu czy inaczej ścięte włosy. Pamiętajcie, że osoby takie jak ja nie chcą was krzywdzić, więc bądźcie przy nich szczęśliwi. Tak jak oni przy was. Jest 6 lipca bieżącego roku, godzina 00:17. Boli mnie widok gwiazd, pod którymi są wszyscy ci, których kocham. A kocham wszystkich tych, którzy są pod tymi gwiazdami, w które patrzę."
Niedawno kogoś poznałam. Jest to cudowna osoba do której poczułam dziwną lecz miłą więź. Znam ją tak krótko ale to o czym dzisiaj mi napisała wywołało u mnie łzy. Dużo łez. Bardzo bym chciała ją spotkać, przytulić i spędzić wspólnie cudowny czas którego jest coraz mniej. Mieszka bardzo daleko, to boli. Tekst napisany wyżej został tutaj umieszczony za jej prośbą. Chciała to z siebie wyrzucić a ja jej chcę w tym pomóc. Patrzymy w jedno niebo, na te same gwiazdy będąc w dwóch różnych miejscach. Chodzimy po tej samej planecie i oddychamy jednym powietrzem. Odliczamy ten sam czas. Jest godzina 00:46 i zdaje sobie sprawę jak trudno jest mi o tym pisać. Płaczemy w jednym momencie myśląc o tej drugiej. Niedawno szłam do łazienki zmyć czarną wodę spływającą po policzkach. Rozmazany makijaż i czerwone oczy od łez. Nie wiem czy słuchanie smutnych piosenek w takiej sytuacji to dobry pomysł. Słabo ją znam lecz wiem, że jest cudowną osobą. Po naszych rozmowach zauważyłam, że mamy trochę wspólnego.
Chce ją spotkać, tak bardzo tego pragnę.
poniedziałek, 18 maja 2015
Uwaga, czarne myśli! Obecny nieład! Czytasz na własną odpowiedzialność!
Strasznie potrzebuję coś komuś napisać. Potworne uczucie.
Ssie mnie od dobrych kilku dni. Problem w tym, że nie bardzo wiem, jak to
przekazać. Nie chcę się narzucać. I boję się reakcji tego kogoś. Zależy mi na
tej osobie, a moje słowa mogą sprawić, że bez wzajemności (chwilami mam
wrażenie, że już tak jest). Może jestem zbyt uciążliwa? Może powinnam trochę
zluzować? Rany, pewnie nie rozumiesz o co chodzi. Ale nie martw się. Ja też.
Znaczy… coś rozumiem. Niewiele więcej od Ciebie czytelniku. Niestety, nie
wytłumaczę tego, co sama rozumiem. Nie napiszę skąd ta cała sytuacja. Trochę
mnie ona przygnębia. Widzę mętlik. Chociaż nie… to jednak chaos w najczystszej
postaci. Co ja mam ze sobą zrobić? Rany, gdybym mogła się cofnąć w czasie.
Ewentualnie zapomnieć i żyć swoim całkiem nudnym i bezproblemowym życiem (przynajmniej
z dzisiejszej perspektywy – ja sprzed miesiąca zapewne zaprzeczyłaby temu
stwierdzeniu). I co? Widzę, jak przez Twoją głowę przelatuje pytanie „Jakie
problemy może mieć piętnastolatka?”. Ano różne. Niektóre z nich być może nigdy
Cię spotkały. Mnie też nie spotkały Twoje problemy. Wcale nie muszą mnie
spotkać. Walczę z własnymi. Walczę, mimo że dla kogoś innego ta sytuacja nie
byłaby postrzegana jako kłopot. To poniekąd piękne. Ta różnorodność. Każdy z
nas widzi świat inaczej. Ja chwilowo postrzegam go w ciężkich odcieniach szarości.
Niestety, coraz ciemniejszych. Chociaż chwilami mam wrażenie, że zaczyna się
rozjaśniać, to teraz już wiem – to nic. To z czym się borykam po prostu na
moment staje się niewidoczne. Ale wciąż gdzieś jest. Nieważne, że próbuję
ignorować. Mama zawsze mi powtarza, że problemy rozwiązują się same. A co z
tym? Wymagam za dużo? Jestem niecierpliwa? „Daj czasowi czas” – ponownie słyszę
w głowie moją mamę. Nie informowałam jej o tej sprawie, ale właśnie to by mi
powiedziała. Ech… Za dużo odczuć, za dużo pragnień, wszystkiego za dużo! I
wciąż się kumuluje. Najgorsze, że wcale nie chcę witać tych uczuć, tych emocji
i tych myśli. Pozwoliłam sobie odczytać jedną z nich i nie zamierzam robić tego
kolejny raz. To, co mi przekazała, nie ma sensu. Nie chcę tego. To zbyt dużo
zmieni. A ja jestem tchórzem. Boję się zmian. Już drugi raz piszę o strachu.
Jestem sobą zdegustowana. Chciałam podążać inną ścieżką. Chciałam być silna,
odważna i otwarta. Na którym odcinku mojej wędrówki wybrałam zły kierunek? Właśnie
uderzyło mnie pytanie: dlaczego potrafię pomóc innym, a nie radzę sobie sama ze
sobą? To frustrujące. Idę spać. Nie wiem, co zrobić. Jutro też nie będę
wiedziała. Czy kiedykolwiek dostanę szansę rozwikłania tego, co mi tak ciąży?
Nie, stop. Wróć. Właściwym pytaniem jest: czy kiedykolwiek [JA] dam sobie
szansę rozwikłania tego? Oby. Może wtedy siedzący we mnie tchórz stanie się
mniejszy. A ja będę o krok bliżej do spełnienia swojego „silna, otwarta,
odważna”. Albo i nie. Pozbycie się tego wymagałoby wyłożenia kawy na ławę,
napisania osobie wspomnianej na początku, co mi ciąży na sercu. Na to się nigdy
nie zdobędę. Wybacz Dizaku, gnębię Cię, moją najbliższą przyjaciółkę, niszczę
siebie samą. Ale wyjdzie Ci to na dobre. W końcu nie ma zniszczeń, których nie
da się naprawić. Po prostu na niektóre zniszczenia nikt jeszcze nie wymyślił
rozwiązań.
środa, 13 maja 2015
O motywacji i jednorożcu
Ciężko mi. Ciężko mi, ponieważ schrzaniłam ten rok totalnie. Nie osiągnęłam wiele i na pewno niczego, co można by zamieścić na świadectwie. Oceny mam słabe, egzaminy poszły mi w najlepszym wypadku przeciętnie. A liceum... Cóż, liczę na moc odwołań. Tylko dlaczego? Tak strasznie obiecywałam sobie, że się za to zabiorę. Niestety, na obietnicach się skończyło. Nie bardzo potrafię to wytłumaczyć, ale przez większość czasu czułam na sobie jakąś presję. Dobijało mnie to tak bardzo, ale silniejsze było lenistwo. A przynajmniej wydawało mi się, że to lenistwo. Ale później zdałam sobie sprawę, że zwyczajnie przestało mi zależeć. Chciałam dobrego liceum, chciałam wysokie oceny, chciałam osiągnięć, ale kiedy miałam możliwość, nie wykorzystywałam jej. Miałam ją kompletnie gdzieś. Pisałam z ciocią jakiś czas temu. Nazwała ten stan "wypaleniem się". Słyszałam o tym wcześniej i wydawało mi się to dość abstrakcyjnym pojęciem. Nie wiedziałam wtedy, że to całkiem poważny problem. Ale teraz wiem. I to od jakichś dwóch lat, jak się okazuje. I jak tak sobie nad tym myślałam troszkę głębiej, to chyba udało mi się dotrzeć do genezy: nie robiłam tego dla siebie. Prawda jest taka, że nigdy nie lubiłam się uczyć, ewentualne dobre oceny brały się głównie z douczania na przerwach lub zainteresowania danym tematem na tyle, by wiedza z lekcji z łatwością się na niej przyswoiła. Nie ułatwiali mi nauki niektórzy nauczyciele, ani rodzice, którzy oczekiwali całkiem sporo, ale kiedy przychodziłam do nich z problemem dotyczącym chemii czy fizyki, to umywali ręce z tekstem "wygoogluj sobie". Właściwie nie mam im tego za złe, tylko dlaczego wydaje im się, że będzie chciało mi się tego uczyć, skoro oni sami nie są zainteresowani tą wiedzą i nie potrafią mi pomóc? Materiał ucznia gimnazjum nie jest prosty. Musiałabym poświęcić dużo czasu, by być orłem we wszystkich przedmiotach. Ale to niemożliwe. Nie uczę się. Zdarzały się pojedyncze przypadki i nic poza tym. Kompletne zero motywacji. Chciałabym odnaleźć radość w rozumieniu i przyswajaniu tego, co zrozumieć i przyswoić muszę ze zwykłego obowiązku. Powinnam ją znaleźć dla samej siebie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku mi się powiedzie.
A propos motywacji, to straciłam ją również na paru innych ścieżkach życia. Ostatnio nieco mniej entuzjastycznie podchodzę do tańca. Wciąż uwielbiam, ale jednak czuję w środku takie coś... takie "nie chce mi się". Tu znowu wybawieniem będą wakacje. Czekam na nie z niecierpliwością, bo one będą moją odskocznią. Pozwolą się trochę zdystansować i w następnym roku szkolnym podejść do życia na nowo. Rozumiesz, takie oczyszczenie. Kto wie, może znowu będę częściej dodawać notki... Bo do pisania też zapału nie mam. Chwilami zdarzało mi się myśleć, że całe to przedsięwzięcie nie ma żadnego sensu. Że nie ma tu nic ode mnie, co zainteresowałoby większość trafiających tu czytelników. Stąd długa przerwa. Nawet miałam małe spięcie z chłopakiem i właściwe wyjaśnienie tej sytuacji sprawiło, że to piszę i mam na to ochotę. Wiem też, że Fmo czekała na nowy post - to także dla Ciebie, złotowłosa :))
A tak całkowicie z innej beczki... Prowadziłam niedawno z ciocią pogawędkę na temat pewnej ilustracji:
A propos motywacji, to straciłam ją również na paru innych ścieżkach życia. Ostatnio nieco mniej entuzjastycznie podchodzę do tańca. Wciąż uwielbiam, ale jednak czuję w środku takie coś... takie "nie chce mi się". Tu znowu wybawieniem będą wakacje. Czekam na nie z niecierpliwością, bo one będą moją odskocznią. Pozwolą się trochę zdystansować i w następnym roku szkolnym podejść do życia na nowo. Rozumiesz, takie oczyszczenie. Kto wie, może znowu będę częściej dodawać notki... Bo do pisania też zapału nie mam. Chwilami zdarzało mi się myśleć, że całe to przedsięwzięcie nie ma żadnego sensu. Że nie ma tu nic ode mnie, co zainteresowałoby większość trafiających tu czytelników. Stąd długa przerwa. Nawet miałam małe spięcie z chłopakiem i właściwe wyjaśnienie tej sytuacji sprawiło, że to piszę i mam na to ochotę. Wiem też, że Fmo czekała na nowy post - to także dla Ciebie, złotowłosa :))
A tak całkowicie z innej beczki... Prowadziłam niedawno z ciocią pogawędkę na temat pewnej ilustracji:
Zabawne, prawda? Powiedz czemuś, co nie istnieje, żeby w siebie uwierzyło. Ciężko o to w naszym społeczeństwie z naszą mentalnością. Przecież my w niego nie wierzymy, jak on sam ma więc wierzyć w siebie? Ale czy jeśli uwierzy w siebie, to będzie mógł zaistnieć w naszej rzeczywistości? Ciocia stwierdziła, że nie wie i nie ma pojęcia, czy jest to dla niego istotne, lecz liczy, że nie jest. Ale może ten jednorożec jest tylko urojeniem pana w okularach? Jeśli jest, to czy istnieje dla niego możliwość wiary w siebie i osiągania wielkich rzeczy jeśli on w całości zależy od stwórcy, który głęboko w środku wie, że jednorożce racji bytu nie mają? W odpowiedzi dostałam podchwytliwe pytanie: "a kto ustala rację bytu?". Stwierdziłam, że każdy sam sobie, jednak są pewne granice, a jednorożec poza nimi. Czy jeśli jest tworem wyobraźni, to ma możliwość wiary w siebie? - tym pytaniem ciocia zmusiła mnie na odpowiedź na własne pytanie, bo identyczne zadałam wcześniej."Jeśli jest tworem wyobraźni, to sam w sobie możliwości takiej nie ma, bo nie istnieje w rzeczywistości. Taką możliwość może mu nadać jedynie jego stwórca", odpisałam. "Czy przyzwolenie jednorożcowi na wiarę w siebie nie będzie po prostu wiarą stwórcy w nieistniejące jednorożce?"
Chyba będę studiować filozofię.
poniedziałek, 23 lutego 2015
"Dla chcącego nic trudnego". W końcu znam ją od tygodnia!
Na pewno słyszeliście kiedyś o internetowej przyjaźni czy też znajomości. Piszę z pewną osobą od tygodnia a mam wrażenie, ze znam ją kupę czasu. Nie wiem o niej za wiele ale piszę z nią tak swobodnie...Dziewczyna ta też należy do fandomu 5sosfam. Wiem, wiem...fanki i te sprawy. Przed chwilą puściłam sobie piosenkę "Wherever You Are" śpiewaną, graną przez jednego członka z zespołu.
Kliknijcie tu aby wysłuchać piosenki!
Zawsze się wzruszam w momencie refrenu kiedy ten tłum dziewczyn zaczyna śpiewać. Za każdym razem lecą mi łzy ale...trochę zeszłam z tematu. Chodzi o to, że piszę z dziewczyną od tygodnia. Jest znajomą mojej koleżanki z klasy...Kurde. Nie wiem jak o tym napisać ale czuje, że chce się tym z kimś podzielić. Obiecałam jej, że razem pojedziemy na ich koncert. Choćbym miała zbierać na bilety dla całej naszej czwórki (tak jest nas czwórka). Nawet jeśli miałabym myć auta sąsiadów pod blokiem w samym bikini, smarować się pianą i kłaść na masce. Pojedziemy nawet jeśli chłopcy z zespołu będą mieć po 70 lat i to będzie ich ostatni, pożegnalny koncert. Pojedziemy! To jedno z moich największych marzeń. Jest ich sporo. Zacząć jeździć znów konno. Malować na "jakieś tam" zlecenia. Malować dla kogoś. Z myślą, że komuś na prawdę się to podoba! Nie muszą mi za to płacić. Sama myśl, że ktoś ma moje "dzieło" w domu przyprawia mnie o banana na gębie. (Cieplutko pozdrawiam Dizaku która ma kilka moich prac <3 ) Strasznie się ciesze. Oczywiście są też mniejsze marzenia. Ale czy kogoś to obchodzi? W sumie, nie. Wracając do tematu nowej znajomości...jutro wysyłam do niej paczkę. Wie o tym. Pisała mi, że strasznie się z tego powodu cieszy. To dobrze...Kurde, do czego ja właściwie zmierzam tą notką? Miałam pisać o nowej znajomości a przeszłam do zbierania kasy i moich marzeń. Miała być piękna poukładana notka a wyszło jak zwykle....
"Chcieć to móc"- rzekła by Avi. Pojedziemy. Choć największą przeszkodą i wyzwaniem jest przekonać rodziców. "Dla chcącego nic trudnego!" dokończyła by.
Pojedziemy!
Kliknijcie tu aby wysłuchać piosenki!
Zawsze się wzruszam w momencie refrenu kiedy ten tłum dziewczyn zaczyna śpiewać. Za każdym razem lecą mi łzy ale...trochę zeszłam z tematu. Chodzi o to, że piszę z dziewczyną od tygodnia. Jest znajomą mojej koleżanki z klasy...Kurde. Nie wiem jak o tym napisać ale czuje, że chce się tym z kimś podzielić. Obiecałam jej, że razem pojedziemy na ich koncert. Choćbym miała zbierać na bilety dla całej naszej czwórki (tak jest nas czwórka). Nawet jeśli miałabym myć auta sąsiadów pod blokiem w samym bikini, smarować się pianą i kłaść na masce. Pojedziemy nawet jeśli chłopcy z zespołu będą mieć po 70 lat i to będzie ich ostatni, pożegnalny koncert. Pojedziemy! To jedno z moich największych marzeń. Jest ich sporo. Zacząć jeździć znów konno. Malować na "jakieś tam" zlecenia. Malować dla kogoś. Z myślą, że komuś na prawdę się to podoba! Nie muszą mi za to płacić. Sama myśl, że ktoś ma moje "dzieło" w domu przyprawia mnie o banana na gębie. (Cieplutko pozdrawiam Dizaku która ma kilka moich prac <3 ) Strasznie się ciesze. Oczywiście są też mniejsze marzenia. Ale czy kogoś to obchodzi? W sumie, nie. Wracając do tematu nowej znajomości...jutro wysyłam do niej paczkę. Wie o tym. Pisała mi, że strasznie się z tego powodu cieszy. To dobrze...Kurde, do czego ja właściwie zmierzam tą notką? Miałam pisać o nowej znajomości a przeszłam do zbierania kasy i moich marzeń. Miała być piękna poukładana notka a wyszło jak zwykle....
"Chcieć to móc"- rzekła by Avi. Pojedziemy. Choć największą przeszkodą i wyzwaniem jest przekonać rodziców. "Dla chcącego nic trudnego!" dokończyła by.
Pojedziemy!
czwartek, 19 lutego 2015
Lubię być sama, ale cieszę się, że mam kogoś
Ostatnio
zastanawia mnie wiele kwestii. Często zdarza mi się zawiesić i
zapomnieć, co właśnie robię i dlaczego to robię. Po prostu daję
sobie odpłynąć w ocean tematów mniej lub bardziej filozoficznych.
A jeden z ostatnich brzmi: „Jaką opinię miałabym wśród ludzi,
gdyby znali co bardziej intymne szczegóły mojego życia?”.
Niedawno pozwoliłam sobie na rzeczy, które do tej pory pojawiały
się co najwyżej w najśmielszych
wyobrażeniach. Czyny, które raczej by nie przeszły bez echa wśród
większości, gdybym opowiedziała o nich głośno. Wymagały ode
mnie odwagi, ponieważ musiałam kompletnie zaufać sobie i nie
tylko. Uwierzyć, że mam swoją wartość. Na chwilę odrzucić
wszystkie środki obrony, każdego asa w rękawie, totalnie się
otworzyć. Przyznam szczerze, że po fakcie bałam się. Wchodząc następnego dnia do szkoły, byłam przerażona, a moją głową zawładnęły
absurdalne myśli, że wszyscy wiedzą, osądzają, plotkują. A
chwilę później przywitała mnie koleżanka. Serce waliło mi
niczym młot, ale uśmiechnęłam się i odpowiedziałam.
Gawędziłyśmy na zajęciach. A ja wciąż byłam taka sama. Nikt
niczego nie wiedział. Nikt nie wyśmiewał. Nikt nie gadał.
Poczułam, jak spływa po mnie złoty wodospad ulgi. Wstąpiła we
mnie dziwnego rodzaju siła. Zdarzało mi się kilka razy w życiu
poczuć coś takiego, jednak zawsze trwało to krótko. Tym razem
czuję to bez przerwy od momentu nastąpienia tej jednej, niewielkiej
rzeczy. Kiedy pozwoliłam sobie na to po raz drugi, to uczucie
wzmocniło się. Wydaje mi się, że wiem, co to jest. To chyba
pewność siebie. Przyszła do mnie, gdy po tylu latach zaczęłam
sobie radzić bez niej. Przyjęłam ją, bo czuję, że z nią
zdziałam znacznie więcej. I prawdę mówiąc, nie przyszłaby do
mnie, gdyby nie pomoc pewnej osoby. Usłyszałam od niej, że jestem
„zajebista” (cytując dosłownie). Tylko przy niej pozwoliłam
sobie całkowicie odpłynąć, opowiedzieć prawdy tak głębokie, że
sama do tej pory nie chciałam ich w sobie utrwalać, których się
wypierałam i z jakiegoś powodu wstydziłam. Jestem pewna, że ta
osoba akceptuje mnie w każdym calu. Że mnie szanuje. Że kocha moje
zalety i zawsze zniesie najgorsze wady. I to ta osoba udowodniła mi,
że jestem naprawdę wiele warta. Nie zdając sobie z tego sprawy
wskazała mi, że wszystkie te słowa które słyszałam od członków
rodziny są prawdą. „Jesteś silna”. „Jesteś inteligentna”.
„Masz coś w sobie”. „Jesteś piękna” (no, do tego może
jeszcze dochodzę). Do niedawna w to nie wierzyłam. Teraz czuję,
jak każdego dnia te myśli coraz mocniej do mnie przylegają, jak
coraz bardziej interpretują mnie. I do tego wystarczył ktoś z
zewnątrz. Ktoś, kto pokochał mnie całkowicie od zera, dla kogo z
początku byłam jedynie jedną z milionów. Jeżeli dziś mówi mi
coś takiego, to jest to dla mnie wystarczającym dowodem na prawdę
zawartą w tych wszystkich słowach. Co więcej, wydaje mi się, że
gdyby komuś przyszło się dowiedzieć o tym wydarzeniu, które
wspomniałam na początku, potrafiłabym patrząc prosto w oczy rozmówcy odpowiedzieć: „Tak, to
prawda. Chciałam to zrobić, zrobiłam to i bardzo dobrze mi z tym”.
Przybliża mnie to do człowieka, którym chciałabym być. I daje dowód tej
siły, o której mi mówiono. Codziennie boję się mniej. Może
kiedyś całkiem przestanę? Ale czas przejść do tego, co chciałam
przekazać. Znasz, czytelniku, przysłowie „umiesz liczyć – licz
na siebie”? Jest w nim mnóstwo racji. Lecz czasami by znaleźć
wiarę w siebie i swoje decyzje, potrzebny jest ktoś, kto da nam
przykład, że naprawdę jesteśmy czegoś warci i zasługujemy na to
zaufanie do swojej osoby.
piątek, 6 lutego 2015
Tak o niczym.
Jest 31 minut po północy. Brata nie ma w domu. Leże w ciemnym pokoju z zamkniętymi drzwiami, z zaciągniętymi roletami. Tylko światło mojego laptopa. W słuchawkach jedna z ulubionych piosenek. Przed chwilą zaczęłam oglądać film polecony przez znajomą. Jestem w połowie. Zatrzymałam bo...usłyszałam kłótnię moich rodziców. Znów o to samo. Rodzina. Nienawidzę jak się przekrzykują. Nienawidzę jak mówią "co będzie kiedy...". Kiedy ktoś umrze, kiedy komuś zabraknie pieniędzy. Liczę się z tym, że mogą to przeczytać. Bardzo dobrze. Może w końcu dowiedzą się, że zza zamkniętych drzwi wszystko słychać. Przyciszam muzykę. Wsłuchuję się znów. I co? Jak gdyby nigdy nic śmieją się i żartują. Przed chwilą nie wiadomo jakich słów używali...nie mam siły. Śpiewam refren piosenki. Wpada w ucho.
Jestem przeziębiona. Cieknie mi z nosa. Cholera! Nienawidzę kataru. Te wszystkie chusteczki, smarki... fu. Jeszcze to ciągłe kichanie. Co najmniej pięć razy pod rząd.
Boli mnie pod żebrami. Raz z lewej raz prawej. Z lewej częściej i mocniej. Mówiłam rodzicom. Nic z tym nie robią. Widzę, że bardzo ich to interesuje. Nie chcę tu pisać jacy moi rodzice są okropni, niczym się nie przejmują i tak dalej...kocham ich, wiadomo. Ale jest taki moment, że wszystko mnie denerwuje. Wszystko! Nie mówię tylko o rodzicach. Np...jak ktoś bawi się moimi włosami bez pozwolenia. Ciągnie za nie, potem są bardziej poplątane niż były. Super. Nienawidzę jak mój brat je obok i ciamka. Nie znoszę ciamkania, pukania długopisem, przecinania styropianu, pocierania balonów. To skrzypienie i pukanie. Jeny! Jest takie schorzenie. Nazywa się MIZOFONIA. (Jest jednym z rodzajów nadwrażliwości na dźwięki. Chory na mizofonię doznaje silnie negatywnej emocjonalnej reakcji w odpowiedzi na określone odgłosy, szczególnie te wydawane przez innych ludzi, jak np.: głośny oddech, chrapanie, mlaskanie, pociąganie nosem, chrząkanie itp.) Nie wszystko mnie denerwuje. Nie lubię kiedy mój pies piszczy kiedy chce iść na dwór. W końcu z nią idę. Ale nawet kiedy się ubieram to ona piszczy! Doprowadza mnie to do szału.
Jest 47 minut po północy. Kolejna piosenka. Świetna! Mam na sobie dość ciekawe spodnie. Lewa nogawka jest cała czarna a druga w czarno-białe paski. Wiecie co? Moim rodzicom chyba znudziło się śmianie. Teraz dyskutują. Wracam do filmu. Nie wiem po co napisałam tą notkę. Miałam potrzebę podzielenia się z kimś...tak na prawdę niczym. Zjadłabym coś. Ale za siedem minut będzie pierwsza w nocy. Ups. Dobranoc sówki!
Jestem przeziębiona. Cieknie mi z nosa. Cholera! Nienawidzę kataru. Te wszystkie chusteczki, smarki... fu. Jeszcze to ciągłe kichanie. Co najmniej pięć razy pod rząd.
Boli mnie pod żebrami. Raz z lewej raz prawej. Z lewej częściej i mocniej. Mówiłam rodzicom. Nic z tym nie robią. Widzę, że bardzo ich to interesuje. Nie chcę tu pisać jacy moi rodzice są okropni, niczym się nie przejmują i tak dalej...kocham ich, wiadomo. Ale jest taki moment, że wszystko mnie denerwuje. Wszystko! Nie mówię tylko o rodzicach. Np...jak ktoś bawi się moimi włosami bez pozwolenia. Ciągnie za nie, potem są bardziej poplątane niż były. Super. Nienawidzę jak mój brat je obok i ciamka. Nie znoszę ciamkania, pukania długopisem, przecinania styropianu, pocierania balonów. To skrzypienie i pukanie. Jeny! Jest takie schorzenie. Nazywa się MIZOFONIA. (Jest jednym z rodzajów nadwrażliwości na dźwięki. Chory na mizofonię doznaje silnie negatywnej emocjonalnej reakcji w odpowiedzi na określone odgłosy, szczególnie te wydawane przez innych ludzi, jak np.: głośny oddech, chrapanie, mlaskanie, pociąganie nosem, chrząkanie itp.) Nie wszystko mnie denerwuje. Nie lubię kiedy mój pies piszczy kiedy chce iść na dwór. W końcu z nią idę. Ale nawet kiedy się ubieram to ona piszczy! Doprowadza mnie to do szału.
Jest 47 minut po północy. Kolejna piosenka. Świetna! Mam na sobie dość ciekawe spodnie. Lewa nogawka jest cała czarna a druga w czarno-białe paski. Wiecie co? Moim rodzicom chyba znudziło się śmianie. Teraz dyskutują. Wracam do filmu. Nie wiem po co napisałam tą notkę. Miałam potrzebę podzielenia się z kimś...tak na prawdę niczym. Zjadłabym coś. Ale za siedem minut będzie pierwsza w nocy. Ups. Dobranoc sówki!
sobota, 17 stycznia 2015
Tygrysy, one giną.
Tak na prawdę nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że...
W przedszkolu byłam zakochana w dużych kotach. Tygrysy, pantery, lwy. Może dlatego, że moim znakiem zodiaku jest lew? Są piękne, duże i silne. Rysowałam je codziennie. Z latami jakoś to odeszło... Nie dawno przeglądając facebooka natrafiłam na filmik od WWF. (WWF jest jedną z największych na świecie organizacji działających na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Ich misją jest powstrzymywanie szybko postępującej degradacji przyrody.) Na materiale tym ukazane były tygrysy. Film ten trafił do telewizji. Jest teraz puszczany jako reklama. Poruszyło mnie to do tego stopnia, że zaczęłam o tym więcej czytać. W końcu postanowiłam napisać notkę na bloga.
Na wolności zostało 3200 tygrysów.
Film-> https://www.youtube.com/watch?v=KO9UMKYLYqw
JESTEŚ JEGO NADZIEJĄ
Tygrys – wielki kot, symbol siły i niezależności. Jest bezbronny wobec okrucieństwa i chciwości ludzi. Z powodu kłusownictwa każdego tygodnia giną aż 2 dziko żyjące tygrysy. Nadmierne, rabunkowe wycinanie lasów powoduje, że tygrysy bezpowrotnie tracą swój dom. Jeśli nic się nie zmieni, według prognoz naukowych do 2022 roku ostatni przedstawiciel tego charyzmatycznego gatunku prawdopodobnie zginie.
Tygrys nie ma wielu przyjaciół tam, gdzie żyje. Spraw, żeby życie tego wielkiego, wspaniałego zwierzęcia nie zależało od tych, którzy zabijają dla pieniędzy, ale od nas − ludzi, którym na nich zależy. To wielkie wyróżnienie – zaopiekować się jednym z najpiękniejszych zwierząt na ziemi. Bo wszyscy, niezależnie od tego, gdzie mieszkamy, jesteśmy odpowiedzialni za naszą planetę.
DLACZEGO POLUJE SIĘ NA TYGRYSY?
Martwy tygrys jest więcej warty niż żywy. Każda część ciała tygrysa to wielkie pieniądze. Tygrysie organy i kości są popularnymi składnikami preparatów tradycyjnej medycyny azjatyckiej, praktykowanej także poza granicami Azji (również w Polsce!). Tymczasem nie ma naukowego uzasadnienia skuteczności tych preparatów. Produkcja specyfików z części ciała tygrysa to proceder, którego zatrzymanie wymaga ogromnych nakładów finansowych i zaangażowania wszystkich – nie tylko władz parków narodowych i rezerwatów przyrody. Nielegalny handel skórami, kośćmi i organami tygrysów jest dziś często − po handlu bronią i narkotykami – najbardziej dochodowym nielegalnym procederem w wielu krajach. Na tygrysy poluje się także dla pięknych skór, które będą zdobić podłogi bogatych domów. Nie tylko w Azji, niestety – na całym świecie – są one symbolem statusu.
STRACH PRZED CZŁOWIEKIEM
Kiedy mogą, tygrysy unikają kontaktu z człowiekiem. Zmusza je do tego zazwyczaj ekstremalny głód. W wielu rejonach świata dżungle porastające nawet tereny rezerwatów przyrody są pełne ludzkich siedzib. Strach jest jednak w tym przypadku − paradoksalnie − tygrysią bronią. Tereny tygrysów coraz częściej zabiera człowiek. Wycina lasy, zakłada nowe osady i pola uprawne. Tygrysy – mimo strachu − są zmuszone do wyjścia ze swoich kryjówek. Co je czeka po opuszczeniu lasu? Czeka je śmierć – z rąk hodowcy zwierząt, który broni stad, zwykłych ludzi, którzy się tygrysów obawiają…
Nawet jednak na ich pierwotnych terenach, również chronionych− parkach narodowych i rezerwatach − coraz częściej pojawiają się kłusownicy, skuszeni wizją łatwego zarobku. Bezwzględni i okrutni. To, że tygrysy codziennie przemierzają te same ścieżki i są niezwykle przywiązane do swojego terytorium, sprawia, że stanowią łatwy cel. Wszystko, co jest potrzebne, to rozstawienie na drodze, którą codziennie przemierza tygrys, metalowej pułapki.
Czy dasz tygrysowi nadzieję? Czy ocalisz go dla przyszłych pokoleń?
Nie pozostawaj obojętny. Razem z WWF włącz się do walki z kłusownictwem i chroń siedliska tygrysów, przekazując darowiznę. Pamiętaj, że możesz ją odliczyć od swojego dochodu wypełniając deklarację PIT.
*Wszystkie informacje oraz zdjęcia zostały zaczerpnięte z oficjalnej strony WWF. -> http://www.wwf.pl/
piątek, 16 stycznia 2015
Zrozumiałam, iż nie rozumiem...
Słucham piosenki. "Earned It" wykonanego przez The Weeknd. Kolejna, która uzależnia. Wciskam „Play”
raz, drugi, trzeci. Potem ponownie. I znów. Rozmyślam... Zaczęłam pisać notkę
na temat posiadania opinii. Ale nagle po prostu odpłynęło. Nie mam na to ani siły,
ani jakiejś specjalnej ochoty. Teraz piszę to. Nie jestem jeszcze do końca
pewna, czym to jest. Zapewne dowiem się pod koniec. Ostatnio coraz częściej
zaczynam sobie przypominać, jakie mam szczęście. Zauważyłam, że ludzie wcale
nie są tak negatywnie do mnie nastawieni, jak mi się do niedawna zdawało. Mam
cudowną Fmo i wspaniałego chłopaka. Jakoś częściej osiągam sukcesy (albo
zaczęłam częściej je dostrzegać). A jednak czuję smutek, gdy w mojej głowie
pojawia się jeden trudny temat: miłość. Przygnębia mnie myślenie o niej. Kiedyś
i ja wierzyłam, że jest usłana różami. Prosta jak drut. Jakże się pomyliłam!
Oczywiście, że jest piękna. Ale ostatnie, co mogłabym stwierdzić (wnioskując z
mojego stanu), to że jest łatwa. A nie jest. Okazała się trudna jak diabli. Ma
tyle twarzy… Bywa, że boli. Innym razem koi ból. Czasem daje uczucie bliskości
z kimś. Później znów udowadnia samotność. I mimo tych trudności jest wręcz
uzależniająca. Boimy się ją stracić. Zapewne spowodowane jest to egoistycznymi
pobudkami. Stawiamy sobie pytania „Co się ze mną stanie, kiedy miłość odejdzie?
Jak ja to przeżyję?”, choć w książkach, filmach czy muzyce bohaterowie z taką
łatwością potrafią cieszyć się chwilą. Bez problemu poświęcają ważne sprawy dla
tej jednej osoby. Ale rzeczywistość jest inna. Ludzie wykreowali taką miłość,
jaką chcieliby mieć. Napisali, że właśnie to jest cała ona. A tak naprawdę jest
to tylko jedno jej oblicze. Co z odległością? Przecież ludzie, którzy kochają
osobę będącą daleko, często odczuwają rozłąkę mniej lub bardziej. Starają się
zrobić cokolwiek, żeby spędzić z nią chociaż chwilę po dłuższym okresie bez
kontaktu. Wpadają na najbardziej abstrakcyjne, irracjonalne pomysły. Co z
nieporozumieniami? Niektórzy od początku czują się winni, inni potrzebują
trochę czasu na uporanie się z negatywnymi emocjami. Ale z reguły pojawia się
ból, że kochana osoba może cierpieć przez nasze działania czy ostre słowa.
Następują przeprosiny. Co z rozbieżnością w poglądach? Na początku może być
ciężko zaakceptować fakt, że druga osoba wierzy w coś, co dla innego jest
kompletnie absurdalne. Szczególnie, jeśli wychowujemy się wśród silnych opinii
i przyjmujemy je bez przemyślenia. Zdarza się, że pojawiają się próby dosadnego
pokazania, że na dany temat można posiadać tylko jedno właściwe zdanie. Takie
dziecinne staranie się udowodnić, że tylko jedna osoba może mieć rację. W końcu
jednak przychodzi ta myśl, że to niewłaściwe i raniące. Ten brak poszanowania.
Uczymy się patrzeć na aspekt wzbudzający niezgodę z innej perspektywy. A… Co z
tęsknotą? Jak ten problem rozwiązać? Czy naprawdę jest tylko jeden sposób? Nie
zawsze mamy możliwość spotkania z drugą osobą. Z kolei komunikatory czy portale
społecznościowe nie rozwiązują sprawy. W tym wypadku mam na myśli tęsknotę
wyrażającą potrzebę za przytuleniem przez tej jedynej osoby. W mojej sytuacji
chodzi o miłość romantyczną, więc myślę też o pocałunku. Dotyku. Bliskości
fizycznej. Wciąż boli tak samo. Przekonałam się o tym raz. Myślałam, że jeśli
znam to uczucie, następnym razem będzie łatwiejsze. Nie jest. Od dziecka
myślałam, że miłość jest jednotorowa. Największe kłamstwo, jakie sobie mogłam
wmówić. Nie wszystko zawsze układa się po naszej myśli, nawet, gdy chodzi o
temat tak piękny. Jednak nie zrozumcie źle. Ja nie jestem rozczarowana. Miałam
okazję spotkać się ze stroną miłości, w którą ludzie chcą wierzyć. Nie
oddałabym tych momentów. Ale przyznam szczerze… jestem zaskoczona. Nagle zdałam
sobie sprawę, że jej nie znam i wiele przeszkód oraz odkryć jeszcze przede mną.
Będę też pewnie nie raz powtarzać błędy, które opisałam wyżej. Co jednak wiem
na pewno, to że zrozumiałam, iż nie rozumiem. Mimo że cię czuję, droga miłości,
nie rozumiem Cię.
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Śpiszczówa.
Mieliście kiedyś dziwny sen? A może po przebudzeniu pomyśleliście o jednym? Co to było? Jakieś słowo, może obraz? Myślę, że zdażyło się to każdemu. Dzisiaj chciałabym napisać o pewnym dziwnym zdarzeniu.
Od jakiegoś czasu zapisuję swoje sny. Mam ich już 62. Odkąd zaczęłam to robić po prostu pamiętam ich więcej. Przeczytałam to gdzieś i postanowiłam spróbować. Często zapisuje je w pośpiechu na telefonie.
Dzisiaj miałam kilka snów ale co mnie najbardziej zaciekawiło...kiedy się obudziłam pomyślałam o słowie „Śpiszczówa”. Co to jest? Ktoś o tym słyszał? Wpisałam w google. Nic. Nawet internet nie zna czegoś takiego. Tata mówi, że ja śpię i czuwam dlatego „ŚPIszCZUWA”. Znajoma obudziła mnie swoim telefonem trzy razy (stąd tyle snów dzisiaj). O słowie pomyślałam przy ostatnim przebudzeniu. Może ja naprawdę spałam ale czuwałam, aż znowu nie zadzwoni? Może to słowo jest powiązane z delfinami? One śpią z jedyn okiem otwartym – czyli czuwają. Może to tytuł książki którą kiedyś napiszę?Zbiór opowiadań, komiks? A może nazwisko mojego przyszłego męża? Kto wie... Kiedyś już coś takiego miałam. Pierwsze o czym pomyślałam to było imię i nazwisko znanego aktora. Nie wiedziałam o tym, póki nie spytałam taty ;) Chociaż coś mi tam świtało... „Śpiszczówa” - czy tylko mi się to kojarzy z jaką baśnią, legendą a przede wszystkim z konikiem polnym?
Będę pewnie długo nad tym myśleć.
Do napisania!
sobota, 20 grudnia 2014
Ostatnio tak sobie myślę, że...
W dzisiejszej notce chciałabym
poruszyć kilka tematów o których ostatnio ciągle
myślę.
Zaczynając od tego, że jestem osobą nie wierzącą. Wiem, że wielu rodziców by tego nie akceptowało ale z moimi jest inaczej. W pełni rozumieją to bo sami nie są zagorzałymi chrześcijanami paradującymi do kościoła co niedzielę. Ostatni raz u spowiedzi byłam przez komunią i jest mi z tym dobrze. Nie czuje potrzeby modlenia się. Prosiłam rodziców o wypisanie mnie z religii. Jedyne co na niej robiłam to czytałam książki czy komiksy. W końcu tata mnie wypisał i tak o to mam 2 godziny wolne w tygodniu. Może to nie jest jakoś strasznie dużo ale...przynajmniej nie muszę słuchać o Bogu, jak powstał świat czy uczyć się modlitw na ocenę. To jest nasz wybór prawda? Kiedyś zapytano się mnie czemu jednak obchodzę Wielkanoc czy też Boże Narodzenie kiedy jestem nie wierząca. Obchodzę te święta razem z rodziną. Nie wiem jak dokładnie to opisać. Gdybym siedziała gdzieś osobno od rodziny w noc która nie długo nadejdzie to...nie byłabym jej częścią. Tak samo dziele się opłatkiem, składam przy tym życzenia. Nie siedzę na kanapie patrząc jak reszta to robi. Spędzam święta z rodziną bo chyba dobrze jest jak nikogo nie brakuje, prawda? W tym roku spotykam się z dalszą rodziną. Myślę, że będzie naprawdę sympatycznie.
Kolejną rzeczą którą postanowiłam tutaj zamieścić to coś o prywatności. Coś co każdy powinien posiadać. Wgląd w nie swoje sprawy, wiadomości, zdjęcia, pamiątki czy inne rzeczy jest moim zdaniem bardzo złe. Ostatnio zdarzyła mi się taka sytuacja. Nie jestem zła bo wiem, że prędzej czy później osoba ta by się dowiedziała. Dowiedziała by się z nadchodzącym nowym rokiem. Ciekawość ludzka nie zna granic. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Ciekawość czasami ciągnie za sobą nie odwracalne skutki. Każdy chyba o tym wie. Każdy chce wiedzieć jak najwięcej ale...czasami dowiadujemy się za dużo. Osoba z tajemnicą może się źle czuć z wiadomością, że ktoś wie o jej sekrecie czy tajemnicy. Wie, że ten ktoś może rozpowiedzieć to dalej. Boi się. Jednak jeśli już komuś powie ( z własnej woli ) to na pewno ma do tej osoby DUŻE zaufanie.
Co ze szkołą? A raczej...jak mi w niej idzie? Otóż mam 2 zagrożenia. Jest tak ponieważ od początku się nie uczyłam. Jest powód dlaczego. Nie będę o nim tutaj pisać. Nigdy o nim nie napiszę. Wie dokładnie osoba która powinna wiedzieć i koniec. Po przerwie świątecznej mam jeszcze chwilę czasu na poprawę. Obiecałam rodzicom ale też sobie. Zrobię to. Od następnego półrocza mam nadzieje, że lepiej będzie mi iść. Choć są przedmioty z których nie idzie mi za dobrze to się staram. Staram się jak mogę. Czasami nie wychodzi, to prawda. Każdy jest dobry w czymś innym. W końcu przyszłam do szkoły plastycznej żeby skupić się na malowaniu, rysowaniu. Pewnie, że reszty nie mogę rzucić na dalszy plan...
Jakoś ostatnio o tym wszystkim myślę. Nie długo święta, nowy rok, ferie, nowe półrocze. Tyle rzeczy naraz. Może dam jakoś radę? Myślę, że uda mi się tak jak na pewno wam. Trzymam kciuki!
Dobranoc!
Zaczynając od tego, że jestem osobą nie wierzącą. Wiem, że wielu rodziców by tego nie akceptowało ale z moimi jest inaczej. W pełni rozumieją to bo sami nie są zagorzałymi chrześcijanami paradującymi do kościoła co niedzielę. Ostatni raz u spowiedzi byłam przez komunią i jest mi z tym dobrze. Nie czuje potrzeby modlenia się. Prosiłam rodziców o wypisanie mnie z religii. Jedyne co na niej robiłam to czytałam książki czy komiksy. W końcu tata mnie wypisał i tak o to mam 2 godziny wolne w tygodniu. Może to nie jest jakoś strasznie dużo ale...przynajmniej nie muszę słuchać o Bogu, jak powstał świat czy uczyć się modlitw na ocenę. To jest nasz wybór prawda? Kiedyś zapytano się mnie czemu jednak obchodzę Wielkanoc czy też Boże Narodzenie kiedy jestem nie wierząca. Obchodzę te święta razem z rodziną. Nie wiem jak dokładnie to opisać. Gdybym siedziała gdzieś osobno od rodziny w noc która nie długo nadejdzie to...nie byłabym jej częścią. Tak samo dziele się opłatkiem, składam przy tym życzenia. Nie siedzę na kanapie patrząc jak reszta to robi. Spędzam święta z rodziną bo chyba dobrze jest jak nikogo nie brakuje, prawda? W tym roku spotykam się z dalszą rodziną. Myślę, że będzie naprawdę sympatycznie.
Kolejną rzeczą którą postanowiłam tutaj zamieścić to coś o prywatności. Coś co każdy powinien posiadać. Wgląd w nie swoje sprawy, wiadomości, zdjęcia, pamiątki czy inne rzeczy jest moim zdaniem bardzo złe. Ostatnio zdarzyła mi się taka sytuacja. Nie jestem zła bo wiem, że prędzej czy później osoba ta by się dowiedziała. Dowiedziała by się z nadchodzącym nowym rokiem. Ciekawość ludzka nie zna granic. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Ciekawość czasami ciągnie za sobą nie odwracalne skutki. Każdy chyba o tym wie. Każdy chce wiedzieć jak najwięcej ale...czasami dowiadujemy się za dużo. Osoba z tajemnicą może się źle czuć z wiadomością, że ktoś wie o jej sekrecie czy tajemnicy. Wie, że ten ktoś może rozpowiedzieć to dalej. Boi się. Jednak jeśli już komuś powie ( z własnej woli ) to na pewno ma do tej osoby DUŻE zaufanie.
Co ze szkołą? A raczej...jak mi w niej idzie? Otóż mam 2 zagrożenia. Jest tak ponieważ od początku się nie uczyłam. Jest powód dlaczego. Nie będę o nim tutaj pisać. Nigdy o nim nie napiszę. Wie dokładnie osoba która powinna wiedzieć i koniec. Po przerwie świątecznej mam jeszcze chwilę czasu na poprawę. Obiecałam rodzicom ale też sobie. Zrobię to. Od następnego półrocza mam nadzieje, że lepiej będzie mi iść. Choć są przedmioty z których nie idzie mi za dobrze to się staram. Staram się jak mogę. Czasami nie wychodzi, to prawda. Każdy jest dobry w czymś innym. W końcu przyszłam do szkoły plastycznej żeby skupić się na malowaniu, rysowaniu. Pewnie, że reszty nie mogę rzucić na dalszy plan...
Jakoś ostatnio o tym wszystkim myślę. Nie długo święta, nowy rok, ferie, nowe półrocze. Tyle rzeczy naraz. Może dam jakoś radę? Myślę, że uda mi się tak jak na pewno wam. Trzymam kciuki!
Dobranoc!
niedziela, 30 listopada 2014
Jak powstało Złe zimno? Wprowadzenie...
O nie! Czujesz to? Czy czujesz? Skup się na swoich stopach i
dłoniach… Już rozumiesz? Czy teraz wiesz już, o co mi chodzi? Nie? Otóż chodzi
o Złe Zimno. O tę okrutną istotę, którą spotykamy w postaci fizycznej i
psychicznej, która nas osłabia, usypia, zabiera radość z życia… Czy jednak
Zimno zawsze było złe? Ja oraz Fmo mamy swoją teorię… Poniżej przedstawiamy
opowiadanie o początkach Zimna oraz wytłumaczenie, dlaczego stało się Złym
Zimnem. Mamy nadzieję, że przypadnie Ci do gustu ;)))
Złe Zimno – Jak powstało?
Dawno, dawno temu,
kiedy świat był podzielony jedynie na wioski i malutkie miasta, zdarzyło się
coś niesamowitego! Nikt się tego nie spodziewał. Sytuacja zmieniła bieg życia
całego świata, zarówno ludzi, jak i zwierząt. Przez wieki panowało ciepło i
każdego dnia świeciło słońce. Rzadko kiedy pojawiały się chmury. Lecz nawet
jeśli wyszły, temperatura zostawała niezmienna. Noc zapadała bardzo późno,
dlatego dzieci i dorośli większość dnia spędzali poza domem. Dzieci, zarówno te
młodsze, jak i starsze, miały mnóstwo zajęć. Bawiły się ze zwierzętami, szukały
ciekawych przedmiotów przy swoich wioskach. Jednak najciekawsze było
obserwowanie ryb w strumieniu. Rzucały im stare kawałki chleba, czy też inne
jedzenie, które nie nadawało się już do spożycia przez ludzi. Dzieciaki
wchodziły do strumienia i goniły wodne stworzenia. Rodzice często ich
przestrzegali, żeby uważać, bo to nie bezpieczne. Dno było śliskie od glonów, a
nurt niektórymi dniami był bardzo silny. Starsi wykonywali swoje roboty.
Najczęściej mężczyźni pracowali w polu a kobiety w domu, zajmując się dziećmi.
Pewnego dnia Rafael, młody chłopak, brodził nogami w
strumieniu. Stał nieruchomo, bo z nieba zaczęły spadać okruszki. Wyglądały jak
okruszki chleba. Były bardzo białe. Kiedy spadały na jego dłonie bardzo szybko
się topiły.
-Mamo! - Krzyczał przeraźliwie.
-Co się stało, Rafael?
Chłopiec wskazał palcem na niebo. Matka przerażona zaczęła
krzyczeć:
-Do domów! Wszyscy do domów! Klątwa! To Mróz!
Kiedy większa grupa ludzi zebrała się w jednym z domów
starzec siedzący przy piecu opowiedział historię o klątwie...
- Jest to klątwa rzucona na Teresę, dawną Królową...
Wszyscy słuchali z zaciekawieniem. Szczególnie dzieci.
--------------------------------------------------------------------
Pewnego dnia
rozeszła się wiadomość, że z Królowa ma wydać potomka. Jej mąż, bogaty i
dostojny Król modlił się całymi dniami aby to był syn. W końcu do królewskiego
pałacu przybyła wróżka. Chwilę rozmawiała z obojgiem przyszłych rodziców, aż w
końcu została sama z kobietą. „Czarownica” (bo tak też ją nazywali) wyciągnęła
ze swojej kieszeni złoty łańcuszek, na końcu którego zawieszony był równie
złoty pierścień. Był gruby i ciężki. Chwilę trzymała go w ręce i coś szeptała
do siebie pod nosem. Po chwili poprosiła o lewą rękę Królowej. Zaczęła wróżyć.
W części kulminacyjnej gdzie pierścień miał przepowiedzieć płeć dziecka ręka
jej zadrżała.-Coś jest nie tak – powiedziała wróżka z niepokojem. -
Spróbujmy jeszcze raz. Bardzo przepraszam.-Nic się stało, proszę się nie denerwować.-To naprawdę zaszczyt, że mogę wróżyć tak pięknej kobiecie.Teresa ( bo tak właśnie miała na imię królowa) uśmiechnęła
się i znów wyciągnęła dłoń. Tym razem ręka kobiety nie drgnęła ani na chwilę!
Pierścień choć gruby zaczął się kołysać niczym wahadło zegara. Prawo, lewo...-Chłopiec – powiedziała staruszka.-Chłopiec?-Chłopiec, tak – powtórzyła raz jeszcze.Przyszła matka uśmiechnęła się. Była bardzo szczęśliwa. Już
chciała wybiec z sali i przekazać wiadomość swojemu mężowi kiedy starsza
kobieta złapała ją za rękę i powiedziała:-Chłopiec.-Tak, wiem. Już pani mówiła. Czy mogę przekazać wiadomość...Lecz przerwała jej staruszka.-To nie będzie zwykły chłopiec. To będzie coś czego nie zna
nikt z nas. Nawet ja! Coś co zmieni bieg naszego życia.Teresa jednak nie chciała słuchać tych „bredni”. Wybiegła i
uwiesiła się na szyi Króla.- Zygmunt! Syn! Będziesz miał syna! – Krzyczała radośnie.- Tak się czeszę!Na pierwszy rzut oka można było się domyślić, że Król bardzo
się cieszy. Minęło niecałe 9 miesięcy. Termin porodu zbliżał się wielkimi
krokami, jak ludność pod pałac królewski. Faktycznie, zebrało się już mnóstwo
osób. Każdy chciał zobaczyć na własne oczy potomka. Dziecko, które kiedyś
zasiądzie na tronie. Mijały godziny, lecz na balkon nadal nie wychodziła para
królewska. Firany były zaciągnięte jak zawsze. Do tego wielkiego budynku ledwo
wpadał choć promyk słońca. Komnata królowej była zaś całkiem zaciemniona.
Twierdziła, że wychodzi okazyjnie, bo słońce źle działa na jej cerę. Dlatego
była trupio blada! Podczas ciąży też nie wychodziła. Siedziała w swojej ciemni,
co na pewno nie było zdrowe. Poddani czekali i czekali. Zza jednej z firan wyjrzała
kobieta.-Dalej czekają, Pani... - szeptała.
-Wezwijcie lekarzy i Maga X, szybko! - krzyczała ze łzami w oczach.Pierwsi weszli lekarze. Byli przerażeni. Dziecko było
chłopcem jak wywróżono, ale było też z nim coś nie tak. Nie było to zwykłe,
zdrowe dziecko. Nikt nigdy niczego takiego nie widział! Dziecko było
przezroczysto – niebieskie. Nie miało palców u rąk ani stóp. Przy narodzinach
było ciepłe, lecz teraz...coś się zmieniło. Próbowali dotknąć dziecko dłużej niż
sekundę, ale parzyło! Parzyło czymś czego nie znali. Miało oczy koloru morza a
na brzuchu widniał dziwny znak.Lekarze ubrani w specjalne skafandry, robili różne testy. Do
sali wpadł mag. Człowiek ten o nadprzyrodzonych mocach był nazywany „Magiem X”.Złapał lekarzy za ramiona i odepchnął na bok. Stanął przed
dzieckiem. Zrobił wielkie oczy. Zaczął krzyczeć:-Klątwa! Przepowiednia! Uciekajcie! Ratujcie się, póki
możecie!Machał rękami w różne strony. Wybiegł na balkon krzycząc do
tłumu:-Uciekajcie! Szybko! MRÓZ! ZIMNO!Nikt jednak nie wiedział o co chodziło starcowi. Nie znali
słowa „zimno” ani „mróz”. Wrócił do pomieszczenia krzycząc i powtarzając ciągle
te słowa. Wszyscy zebrani pytali, co to znaczy. On tłumaczył:-Wszystko ma swoje przeciwieństwo! Woda jest mokra a piasek
suchy. Dzień jest jasny a noc ciemna. Rozumiecie? A wiecie, co jest
przeciwieństwem ciepła? To dziecko! Mróz, bo tak właśnie się nazywa! Inaczej
Zimno. Czasami jest bardzo niewinne, ale czasami groźne jak sztorm na morzu!Patrzyli na niego ze zdziwieniem. W tym momencie, służąca
odsłoniła zasłonę. Na dziecko padły promienie słońca. Zaczęło się rozpływać.
Jego matka krzyczała machając rękami. Po dziecku została tylko mokra plama
-------------------------------------------------------------------
-Tak to właśnie było, moje dzieci – mówił starzec – on wrócił. Zasypie nas białym puchem, zimnym i nie miłym. Strumień zamarznie a plony zostaną utracone. Legenda głosi także, że dziecko było takie ponieważ jego matka podczas ciąży nie wychodziła na słońce. Siedziała w ciemnym pomieszczeniu.Rafael wstał oszołomiony i spojrzał przez okno. Na szczycie góry, za strumieniem, zobaczył postać. Był to mężczyzna (rozpoznał po budowie ciała), a obok stał koń. Wielki zimnokrwisty rumak. Choć postać była słabo widoczna, chłopiec patrzył nie odrywając wzroku. Po chwili podeszła do niego matka. Ten odwrócił się do niej mówiąc, że na szczycie góry ktoś stoi. Znów się odwrócił i wskazał palcem...ale tam nikogo nie było.-Musiało Ci się zdawać, synku. Chodźmy spać! - Mówiła spokojnie.Kiedy chłopiec szedł do łóżka matka popatrzyła przez okno, raz jeszcze. Na szczycie góry naprawdę ktoś stał. Rozpoznała go. Był to Mróz. Zimno który panowało na świecie wracało z każdym rokiem. Zaczynało się w połowie Listopada, lecz różnie z tym było. Mróz wraca co roku. Patrzy na nas mściwie z góry. Obok niego stoi jego rumak. Kiedy nastaje wiosna a śnieg się roztapia...roztapia się również on.
-------------------------------------------------------------------
-Tak to właśnie było, moje dzieci – mówił starzec – on wrócił. Zasypie nas białym puchem, zimnym i nie miłym. Strumień zamarznie a plony zostaną utracone. Legenda głosi także, że dziecko było takie ponieważ jego matka podczas ciąży nie wychodziła na słońce. Siedziała w ciemnym pomieszczeniu.Rafael wstał oszołomiony i spojrzał przez okno. Na szczycie góry, za strumieniem, zobaczył postać. Był to mężczyzna (rozpoznał po budowie ciała), a obok stał koń. Wielki zimnokrwisty rumak. Choć postać była słabo widoczna, chłopiec patrzył nie odrywając wzroku. Po chwili podeszła do niego matka. Ten odwrócił się do niej mówiąc, że na szczycie góry ktoś stoi. Znów się odwrócił i wskazał palcem...ale tam nikogo nie było.-Musiało Ci się zdawać, synku. Chodźmy spać! - Mówiła spokojnie.Kiedy chłopiec szedł do łóżka matka popatrzyła przez okno, raz jeszcze. Na szczycie góry naprawdę ktoś stał. Rozpoznała go. Był to Mróz. Zimno który panowało na świecie wracało z każdym rokiem. Zaczynało się w połowie Listopada, lecz różnie z tym było. Mróz wraca co roku. Patrzy na nas mściwie z góry. Obok niego stoi jego rumak. Kiedy nastaje wiosna a śnieg się roztapia...roztapia się również on.
A czy Ty masz teorię? Śmiało, podziel się!
sobota, 29 listopada 2014
poniedziałek, 3 listopada 2014
Siedzę na dupie bo nie wiem co to książka.
Nigdy nie czytam. Przecież to okropne!
Nie rozumiem ludzi którzy to robią. Po co? Dlaczego? Nie
czytam bo nie lubię, bo nie chce. Jestem za leniwa i za głupia na
książki. A kiedy już jakąś trzymam w rękach ludzie dookoła
parskają śmiechem i mówią „Przecież ty nie czytasz
książek!”.
Czytam. Ostatnio dość rzadko, to prawda. Jest to spowodowane wieloma rzeczami. Fakt ,że przed wakacjami bardzo zainteresowałam się komiksami. Szkoła ,więc mało czasu (test gimnazjalny) Zaraz ktoś napiszę, że też się nie uczę. Przecież ja nie robię nic! Siedzę na dupie w pokoju i przeglądam facebook'a a jak już mi się zachcę to sięgam po komiks. Ale to w ostateczności! O książkach nawet nie ma mowy! Ha! Stoją na półce przecież dla ozdoby, a po co innego? O pisaniu opowiadań,notek...pf, co to jest. Co ja tutaj robię? Pisać też nie potrafię. Niech ktoś zaopiekuje się moimi książkami. Proszę, rozdam za darmo!
Czytam. Ostatnio dość rzadko, to prawda. Jest to spowodowane wieloma rzeczami. Fakt ,że przed wakacjami bardzo zainteresowałam się komiksami. Szkoła ,więc mało czasu (test gimnazjalny) Zaraz ktoś napiszę, że też się nie uczę. Przecież ja nie robię nic! Siedzę na dupie w pokoju i przeglądam facebook'a a jak już mi się zachcę to sięgam po komiks. Ale to w ostateczności! O książkach nawet nie ma mowy! Ha! Stoją na półce przecież dla ozdoby, a po co innego? O pisaniu opowiadań,notek...pf, co to jest. Co ja tutaj robię? Pisać też nie potrafię. Niech ktoś zaopiekuje się moimi książkami. Proszę, rozdam za darmo!
Nienawidzę. Szczerze nie cierpię osób które
twierdzą, że nie czytam książek. Ba! Że nic nie czytam. Przecież
nie siedzą obok mnie 24/7. Czytam. Czytam dużo. Uwielbiam czytać.
Uwielbiam czytać to co mnie naprawdę zainteresuje. Może dlatego
tak nie lubię lektur? Jedyna szkolna książka jaka przypadła mi do
gustu do tej pory był „Mały Książę”. Polecam...
Aktualnie czytam książkę. Między przerwami w szkole dzisiejszego dnia przeczytam ponad 100 stron. To mało? Na 5 minutowych przerwach. Na tej długiej poszłam do tesco więc.. To prawda, że wolno czytam. Kiedy czytam szybko po prostu się gubię i po chwili wracam do zdań wyżej. Czytam kiedy nikogo obok mnie nie ma. Po prostu mnie to rozprasza. Zdziwicie się teraz jak mogłam czytać na korytarzu między lekcjami. Po prostu usiadłam dalej. Kiedy ktoś podchodził grzecznie prosiłam żeby się do mnie nie przysiadał. Tak samo jest na lekcjach. Nie lubię z kimś siedzieć. Gadają i gadają mi do ucha. Najczęściej jest to szept którego nie rozumiem a kiedy powiem „możesz powtórzyć?” dostaje upomnienie od nauczyciela. Poza tym nie skupiam się na lekcji. Tak samo jest właśnie z książkami. Lubie podczas czytania puścić jakąś spokojną muzykę ale czasami też nie.
Pozdrawiam osoby które twierdzą, że nie wiem co to książka, jak się z nią obchodzić a przede wszystkim, że ich nie czytam. Pozdrawiam osoby która na mój widok z książką krzyczą „oooo, ty z książką? Co się stało?”. Nie mówcie nigdy czegoś o kimś czego nie wiecie, wypowiadacie się na temat nie mając pojęcia. Dziękuje, dobranoc.
Aktualnie czytam książkę. Między przerwami w szkole dzisiejszego dnia przeczytam ponad 100 stron. To mało? Na 5 minutowych przerwach. Na tej długiej poszłam do tesco więc.. To prawda, że wolno czytam. Kiedy czytam szybko po prostu się gubię i po chwili wracam do zdań wyżej. Czytam kiedy nikogo obok mnie nie ma. Po prostu mnie to rozprasza. Zdziwicie się teraz jak mogłam czytać na korytarzu między lekcjami. Po prostu usiadłam dalej. Kiedy ktoś podchodził grzecznie prosiłam żeby się do mnie nie przysiadał. Tak samo jest na lekcjach. Nie lubię z kimś siedzieć. Gadają i gadają mi do ucha. Najczęściej jest to szept którego nie rozumiem a kiedy powiem „możesz powtórzyć?” dostaje upomnienie od nauczyciela. Poza tym nie skupiam się na lekcji. Tak samo jest właśnie z książkami. Lubie podczas czytania puścić jakąś spokojną muzykę ale czasami też nie.
Pozdrawiam osoby które twierdzą, że nie wiem co to książka, jak się z nią obchodzić a przede wszystkim, że ich nie czytam. Pozdrawiam osoby która na mój widok z książką krzyczą „oooo, ty z książką? Co się stało?”. Nie mówcie nigdy czegoś o kimś czego nie wiecie, wypowiadacie się na temat nie mając pojęcia. Dziękuje, dobranoc.
sobota, 1 listopada 2014
"Ziemia do...!", czyli mała rada dotycząca kontaktów międzyludzkich
Ostatnio często odczuwam frustrację. Jest ona pomieszana z
odrobiną niemocy oraz beznadziei. Próbuję z kimś rozmawiać, ale idzie to
strasznie opornie. Zaczynam kompletnie przypadkowy temat, o pogodzie, o planach,
o książce. O czymkolwiek neutralnym, prawdę mówiąc, ale jakoś nic nie rusza z
miejsca. Zastanawia mnie dlaczego. Czy to przez moją słabo wykształconą umiejętność
konwersacji? Czyżbym potrzebowała lekcji komunikacji z ludźmi? Nie
pogardziłabym czymś takim, nie raz też zastanawiałam się, czy nie sięgnąć po
jakiś podręcznik poświęcony temu tematowi. Z drugiej strony, ciężko mówić, że
rozmowa nie chce iść swobodnie – ostatnio rzadko która w ogóle się zaczyna. A
ta, której kształt już całkiem ogólnie, choć wciąż niezupełnie się wykształcił,
szybko umiera. Dlatego zaczęło nachodzić mnie inne pytanie: czy ja się
narzucam? Czy przeszkadzam w jakikolwiek sposób? Analizując próby nawiązania
kontaktu z ostatnich dni i ich tok (jeżeli takowy zaistniał), doszłam do
przykrego wniosku, że owszem, na to wszystko wskazuje. Co za ironia, że taki
samotnik jak ja okazuje się być przytłaczający. A może to jest jedna z przyczyn
mojej samotności (pomijamy fakt, że większość ludzi doprowadza mnie do białej
gorączki, więc zwyczajnie nie mam ochoty się z nimi zadawać – i vice versa,
zapewne)? Czy moje próby przejścia przez mur są w ogóle odpierane świadomie? A
może osoba po „drugiej stronie” klawiatury nawet nie zdaje sobie z tego sprawy?
To wykluczałoby dwie wcześniej wymienione teorie, jakoby ze mną było coś nie
tak. Ale ponieważ w jakiś sposób lubię sobie „pocierpieć” psychicznie od czasu
do czasu (ostatnio te okresy zdarzają się coraz częściej), to nie potrafię
przyjąć ostatniego z założeń. Kombinuję, jak zaciekawić kogoś innego na tyle,
by zasiany „pasożyt” rozmowy rozwijał się i rósł, ale jakiej taktyki bym nie
obrała, kończę jak wszystkie te uparte postaci z kreskówek: posiniaczona, zła i
chwilowo zrezygnowana. Ale hej! Jest pocieszenie. Każda z tych postaci w końcu
osiąga cel. Wyjątków nie spotkałam. Jednak naiwne i prymitywne byłoby
przyjęcie, że nie istnieją. W ten sposób powróciłam do punktu zero. To jest
taki niekończący się cykl: piszę, dostaję lakoniczną odpowiedź, odpisuję,
ponowna mniej lub bardziej rozbudowana odpowiedź (przy czym w 97% przypadków
mniej), a potem albo ja wymiękam, albo ktoś po mojej ostatniej wiadomości. Potem
następuje duża losowość: albo trafia mnie szlag i cholera wie, co bym zrobiła,
gdyby nie szacunek do otaczających mnie przedmiotów (w końcu pieniądze nie
rosną na drzewach), albo mam ochotę zamknąć się w sobie i wyć w poduszkę oraz
pozostać wiecznie obrażoną na mojego niezbyt chętnego do opowieści „rozmówcę”.
Na końcu dochodzę do wniosku, że nie umiem tak myśleć o danej osobie, bo
totalnie ją lubię i w ogóle, to właśnie wydarzyło się coś fajnego i muszę jej
to napisać. I tak w kółko (jeśli ktoś woli kwadrat, trójkąt czy też prostokąt –
niczego nie narzucam). Bywają chwile, kiedy mam ochotę odwiedzić gościa,
trzepnąć dłonią po głowie dla otrzeźwienia i wrzasnąć prosto do ucha „ROZMAWIAJ
ZE MNĄ!”. Niestety, z uwagi na moje miejsce zamieszkania, nie mam możliwości na
dokonywanie tak drastycznych działań (na szczęście dla „cichego”). I co ja
dalej mogę napisać? Słowa mi się wyczerpują, ręce opadają, temat umiera, a ja
wciąż nie mam zielonego pojęcia, co jest przyczyną szwanku. Dlatego morał jest
krótki, lecz bardzo życiowy: nie unikajcie milczeniem rozmowy! A teraz serio,
ludzie, uwierzcie, że „cichość” naprawdę nie jest rozwiązaniem. Jeśli jesteście
zajęci, skupieni na czymś innym lub zwyczajnie nie macie ochoty z daną osobą
rozmawiać – powiedzcie jej o tym. Może nie chcecie tego mówić, bo lubicie
człowieka i boicie się, że odniesie odwrotne wrażenie po otrzymaniu
jednoznacznej informacji. Ale jeśli ktoś do Was pisze tak o, żeby pogadać o
niczym, to z pewnością darzy Was wystarczającą sympatią, by nie obrazić się o kulturalne „przepraszam, ale chwilowo
jestem zajęty lekcjami/grą/wypadem z kolegami/każdą inną zajmującą rzeczą”, ani
o „wybacz, ale chwilowo nie mam ochoty na rozmowę, napiszę później”. Nawet
jeśli ktoś jest wrażliwy i poczuje drobne ukłucie, to przynajmniej nie czuje
się kompletnie olany (kolokwialnie mówiąc). Tekst krótki, a dużo znaczy,
naprawdę. Przemyślcie to.
poniedziałek, 20 października 2014
Wieczorowo...
Miałam się uczyć historii. Chyba nic z tego nie wyjdzie. Zamiast tego jem krówki popijając sokiem z Biedronki. Czytam starsze posty z tego bloga i widzę różnice. Dużą różnicę...między tymi pierwszymi notkami a tymi które były dodane jako ostatnie. Razem z Dizaku wiemy, żeby nie pisać notatek na siłę. Nie ma sensu szukać czegoś, byle by tylko napisać. Wiemy, że tematy same przychodzą. Nie zawsze piszemy o tym o czym chciałybyśmy bo po prostu.. nie chcemy żeby tyle osób wiedziało co się aktualnie dzieje (o ile ktoś to czyta?) Piszemy o tym o czym wszyscy mogą przeczytać, poruszamy tematy na które każdy może wyrazić własną opinię. Oczywiście piszemy też luźniejsze notki tak jak ta. Tak na prawdę o niczym. Piszę teraz bo czuje potrzebę napisania. Myślę, że nasz blog jest na swój sposób oryginalny...inny...Szukałam podobnych blogów. Znalazłam może jeden, dwa? Nie ma wiele osób które chciałyby pisać o sobie o tym co się dzieje. Nie chcą tego upubliczniać. Internet zalewa jednak fala blogów o modzie. Nie twierdze, że są złe. Każdy ma prawo do robienia tego co lubi. Ja pisze o tym, oni piszą o tym. Jednak dla mnie to zero kreatywności. Wszyscy piszą o tym samym. Stylizacje, paznokcie, ciuchy, fryzury, makijaż. Ostatnio zalazło mnie na forach społecznościowych czymś takim jak "TAG-Back to school". Uwielbiam! A tak na serio...Było tyle tego że nie było widać nic innego. Nikomu nie ubliżam, nie krytykuje ale ludzie..trochę kreatywności! Wymyślcie coś swojego, nowego, świeżego. Tak na prawdę teraz nie wiem do czego zmierzam..
"Położyłam dłonie na blacie, zaciskając je w pięść. Nie chciałam pokazywać przed nim jak bardzo to wszystko mnie wycisza, ale po prostu nie potrafiłam tego ukryć. Czasem trzeba przyznać przed innymi i przed samy sobą, że nie dajemy rady. Jak inaczej możemy pokazać, że jest nam trudno, kiedy wciąż tworzymy otoczkę nie prawdziwej siły? Nie jesteśmy silni. Potrzebujemy płakać, aby poczuć się lepiej. Potrzebujemy, aby ktoś nas przytulił, by nie czuć się samotnym. Potrzebujemy pomocy. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Całe nasze życie opiera się na uczuciach. To one nas definiują."
Notka miała być dłuższa niż to co do tej pory napisałam. Eh. Przeglądam sobie dalej internet słuchając jednej i tej samej piosenki. Pięknej piosenki. Piszę to na przemian i czytam "Naruto #1". Jest 65 tomów Naruto wydanych w Polsce a ja czytam pierwszy... >.< Dla sprostowania dla osób które nie wiedzą co to Naruto (chodź nie chce mi się wierzyć, że takie są ) Naruto to komiks, manga. Jest także jako anime czyli serial. Jeżeli można tak to nazwać. No nie ważne. Jeszcze dzisiaj powrócę do swojego opowiadania sprzed kilku lat. Jest jeszcze dużo do rozwinięcia w nim...Jest to najdłuższa tego typu praca jaką udało mi się napisać i mam zamiar kontynuować. Ale najpierw...poprawki! Coś czego nienawidzę ale w tym przypadku jest to po prostu koniecznie. Może zacznę wstawiać na bloga? Może...Jak na razie to na tyle. Żegnam czule. Dobranoc !
"Położyłam dłonie na blacie, zaciskając je w pięść. Nie chciałam pokazywać przed nim jak bardzo to wszystko mnie wycisza, ale po prostu nie potrafiłam tego ukryć. Czasem trzeba przyznać przed innymi i przed samy sobą, że nie dajemy rady. Jak inaczej możemy pokazać, że jest nam trudno, kiedy wciąż tworzymy otoczkę nie prawdziwej siły? Nie jesteśmy silni. Potrzebujemy płakać, aby poczuć się lepiej. Potrzebujemy, aby ktoś nas przytulił, by nie czuć się samotnym. Potrzebujemy pomocy. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Całe nasze życie opiera się na uczuciach. To one nas definiują."
Notka miała być dłuższa niż to co do tej pory napisałam. Eh. Przeglądam sobie dalej internet słuchając jednej i tej samej piosenki. Pięknej piosenki. Piszę to na przemian i czytam "Naruto #1". Jest 65 tomów Naruto wydanych w Polsce a ja czytam pierwszy... >.< Dla sprostowania dla osób które nie wiedzą co to Naruto (chodź nie chce mi się wierzyć, że takie są ) Naruto to komiks, manga. Jest także jako anime czyli serial. Jeżeli można tak to nazwać. No nie ważne. Jeszcze dzisiaj powrócę do swojego opowiadania sprzed kilku lat. Jest jeszcze dużo do rozwinięcia w nim...Jest to najdłuższa tego typu praca jaką udało mi się napisać i mam zamiar kontynuować. Ale najpierw...poprawki! Coś czego nienawidzę ale w tym przypadku jest to po prostu koniecznie. Może zacznę wstawiać na bloga? Może...Jak na razie to na tyle. Żegnam czule. Dobranoc !
wtorek, 30 września 2014
Klon, czy to możliwe?
Zastanawialiście się kiedyś jak to jest mieć klona? Ja nie. Do czasu ! W tej notce chcę opisać pewną sytuację która miała miejsce kilka lat temu. Zdarzyło się to w szóstej klasie podstawówki na wycieczce szkolnej. Jechaliśmy do Warszawy. Towarzyszyła nam druga klasa z naszego rocznika. Jechaliśmy już dość długo. Pamiętam jak zawsze biliśmy się o miejsce przy oknie. Tamtym razem walki nie wygrałam. Siedziała obok mnie koleżanka z którą do dziś mam kontakt. Siedziałam za nauczycielami co oznacza, że na samym początku. Na samym końcu siedzieli ci "sławni". Koniec autobusu to były vipowskie miejsca. Było tam 5 foteli i ten na samym środku to już w ogóle...Siedziała tam królowa królowych ! Przede mną siedziała moja wychowawczyni i jeszcze jedna nauczycielka. Niestety nie pamiętam kto to był. Było już jasno. Słońce wyszło zza horyzontu. Grzało dość mocno. Przypominam sobie, że mieliśmy jeszcze pół trasy do przejechania. W pewnym momencie autobus zaczął zwalniać przed przejściem dla pieszych. Nie było to gdzieś w mieście ale raczej na wsi. Dookoła pojedyncze drzewa i domy przy samej ulicy. Autobus zaczął ruszać. Po kilku sekundach od zielonego światła usłyszałam "Patrzcie ona wygląda jak Kaja!!" Na początku nie wiedziałam o co chodzi...usłyszałam dalej moją nauczycielkę która się odwróciła do tyłu "Na prawdę! Identyczna!". Spojrzałam w ostatniej chwili. Czy to możliwe? Czy możliwe jest to, że gdzieś w Polsce nadal mieszka ta dziewczyna która wprawiła w osłupienie tylu ludzi? Po chwili wszyscy ucichli. Dziewczynę za oknem widziałam przez zaledwie kilka sekund. Blond włosy sięgające jej do ramion tak jak mi. Niebieska cienka opaska na głowie (tak, swego czasu taką nosiłam....) Czarna koszulka z dużym różowym napisem na boku (co dziwne miałam taką, lecz nie w tym momencie na sobie) Ciemne leginsy i buty...butów kompletnie nie pamiętam ! Szła z kobietą. Dziewczyna ta jadła loda na patyku a towarzysząca jej osoba trzymała przed sobą wózek z małym dzieckiem (tego dziecka już nie widziałam) Twarz miała taką samą. Dokładnie! Kropka w kropkę! Była dość szczupła. Ciekawi mnie jak wygląda teraz, gdzie mieszka...co się z nią dzieje? Chciałabym ją poznać i zobaczyć czy na prawdę wygląda jak ja. Czy wszystkim się po prostu zdawało? Ciekawi mnie to od kilku dni. Jeżeli nawet chciała ją odnaleźć...to nie sądzę by mi się udało. Nie widziałam jej dokładnie. Nie wiem jak się nazywa. Nie wiem o niej NIC. Po za tym minęło już kilka lat od tego zdarzenia. Patrząc po sobie...ona też mogła się zmienić. Kto wie? Może ma te same upodobania? Może kiedyś się spotkamy?Ale skąd mam pewność, że w ogóle jeszcze żyje? Może kiedyś ją poznam. Tak po prostu, przez zbieg okoliczności, przez przypadek.
niedziela, 28 września 2014
Poznaj wroga, zaprzyjaźnij się z nim, wygraj z nim - bądź miłością, nie strachem!
Przypomniało mi się wydarzenie z tegorocznego obozu
tanecznego. Wydarzenie, które udowadnia, jak bardzo boję się przyznać do faktu,
że mogłabym czegoś nie potrafić (tak, wiem, jestem pełna strachu, ale mam
jeszcze całe życie przed sobą, by go zwalczyć). Otóż na jednym z ciężkich,
aczkolwiek przyjemnych treningów instruktorka pokazywała krok, który mieliśmy
(tancerze) zatańczyć w nieco inny sposób, zmienić go jakoś, by nie wyglądał tak
samo, jak wyjściowy. Stanęłam w miejscu i walczyłam sama ze sobą. Zostałam
zapytana, dlaczego nie tańczę. Moja odpowiedź była krótka i szybka: „Chyba po
prostu nie jestem kreatywna”. Wszyscy w to uwierzyli, tak po prostu, i więcej
nie komentowali. Ale to było wielkie, tłuste kłamstwo. Kompletnie nie przemyślane.
Bo jeżeli w coś wierzę, to właśnie w swoją kreatywność. Jeśli tylko muszę, to
znajdę wyjście z każdej sytuacji, nawet w najbardziej pokręcony i osobliwy
sposób. Do pewnego momentu nie rozumiałam, jak mogłam dać taką odpowiedź.
Zastanowiwszy się nad tym, doszłam do wniosku, że mogłam zwyczajnie powiedzieć
prawdę, bez stresu i zwracania uwagi na innych. Tylko jaka była prawda? I tak,
po nitce do kłębka, ją odnalazłam. Moja prawda była strachem. Odpowiedź, którą
dałam instruktorce, kierowana była głosikiem przerażenia, że wyda się wstydliwy
(wtedy) dla mnie fakt: nie potrafiłam poprawnie wykonać kroku podstawowego.
Wszyscy go znali i potrafili, ja czułam się więc nieco wyobcowana, bo nawet
jeśli ja również byłam z nim zapoznana, to nie wiedziałam, jak go zatańczyć. A
przyznanie się do tego wśród wszystkich tych ludzi (w tym kolegi z klasy, który
traktuje mnie z góry, uważa, że prezentuję zbyt niski poziom, aby się chociażby
ze mną przywitać i to mnie stresuje na masakrę, co swoją drogą jest
niedorzeczne, bo to naprawdę nie jest nikt ważny, a jednak wciąż gdzieś tam w
środku staram się być „wystarczająco dobra” – cóż za absurd!) zwyczajnie mnie przerosło.
I popełniłam znacznie gorszy błąd, w postaci odpowiedzi, jaką ostatecznie
dałam. Ludzie, którzy znają jedynie moje imię i to, jak wyglądam, gadali za
moimi plecami nie tylko między sobą, ale także z moimi koleżankami z pokoju.
Ból szatański, tym bardziej, że musiałam zagryźć zęby i udawać, że jestem ponad
to. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym dała im wszystkim satysfakcję z wyśmiewania
mnie (szczególnie, że mam pewne podejrzenia co do tego kto dokładnie, kiedy i
gdzie). Jeśli mam być szczera, to dziś rzeczywiście mam to już za sobą –
przerobione, temat skończony, nikt nie pamięta. Szkoda tylko, że ludzie nie
potrafią zwyczajnie do mnie podejść i powiedzieć, co mają do powiedzenia.
Posiadam przynajmniej to proste prawie-pocieszenie, że każdy jest tchórzem. Ty
też. Nie broń się przed tymi słowami. Możesz kłamać, że nigdy w życiu nawet nie
pomyślałeś źle o niczym/nikim nie wyrażając tego wprost komu trzeba, ale w ten
sposób kłamiesz tylko samemu sobie. Nie mnie, bo ja znam prawdę. Prosty
przykład z życia: kiedyś byłam oczerniana za plecami za prosty fakt, że moim
przyjacielem jest chłopak. Ta przyjaźń trwała od podstawówki, ale z jakiegoś
powodu dopiero w gimnazjum i ja i mój przyjaciel na każdym kroku byliśmy
rzucani w błoto za samo istnienie naszej relacji. Żeby było ciekawiej, to byli
jego nowi koledzy z klasy. Oj, wielu ciekawych rzeczy się o sobie i tym moim
przyjacielu dowiedziałam. Nawet bym nie podejrzewała, że jestem aż taką ciekawą
osobą. Historie, które krążyły po szkole za moimi plecami wykraczały ponad
wszelkie wyobrażenia. Któregoś dnia podeszłam do grupki „groźnie wyglądających”
pajaców, którzy uważają się za fajnych z powodu tego kim są (choć do fajności
to im według moich standardów trochę, a raczej trochę dużo, brakuje),
spojrzałam w oczy przewodzącemu całą akcją i powiedziałam coś na zasadzie „Jeżeli
masz mi coś do powiedzenia, powiedz mi to teraz, prosto w twarz”. Chłopak i
jego „gwardia przyboczna” odeszli bez słowa. Od następnego dnia nie słyszałam
już nic o sobie, poza tymi ostatkami wychodzącymi od „niedoinformowanych”, którzy
nie wiedzieli, że to już koniec. Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, że to
wszystko może i było dla zabawy, ale każdy znak wszechświata wciąż i wciąż
dawał mi do zrozumienia, że to było nic. Że to tylko idioci, którzy mimo
świetnej zabawy, wciąż się bali. Poznałam też swoją siłę. Zresztą, ostatnimi
czasy coraz częściej się z nią spotykam. W tym, że jeszcze nie bardzo w nią
wierzę. Wiem jednak, że zawsze przyjdzie mi z pomocą, kiedy będzie trzeba.
Przyszła w momencie stanięcia przed „gnębicielem”, przyszła, kiedy mój
przyjaciel mnie zostawił (to zabawne, bo zostawił mnie właśnie dla tych, którzy
mu z taką dokładnością obrabiali dupę w ramkę, za przeproszeniem), odwiedziła
też moje serce i moją duszę zawsze, kiedy wystąpiła niezwłoczna potrzeba rozmowy
z przypadkowym przechodniem (a to jeden z moich odwiecznych strachów, więc
jestem z siebie dumna za każdym razem). Dziś, sytuacja za sytuacją, boję się
mniej. Ale są takie dni, kiedy mój strach się kumuluje i robię rzeczy nie
mające żadnego sensu, kompletne głupoty. Odpowiedź „Jestem mało kreatywna” to
jedna z tych głupot. Strach jest odwiecznym wrogiem każdej żywej istoty na tym
świecie. Owszem, zdarza się, że jest to ratunek w momencie śmiertelnego
niebezpieczeństwa, ale spójrzmy prawdzie w oczy: jak często jesteśmy skazani na
takie śmiertelne niebezpieczeństwo? Czy mamy podstawy, by bać się wielkiego
niedźwiedzia grizzly na środku cywilizowanej ulicy? Czy za każdym razem
wychodząc do miasta żyjemy w strachu, że za chwilę zginiemy? Pewnie zdarzą się
i tacy, ale są to raczej nieliczne wyjątki. Dziś boimy się rzeczy drobnych,
które w ogóle, teoretycznie rzecz biorąc, nie powinny na nas w żaden sposób
oddziaływać. Ale w praktyce objawia się to zupełnie inaczej. Boimy się stracić
pracy, boimy się dostać złą ocenę, boimy się być tym, kim jesteśmy, jeśli tylko
nasze prawdziwe „ja” jest nieco inne, niż reszta. I jeden z największych
strachów, do którego wszystko się, jak myślę, sprowadza: boimy się, jak
będziemy postrzegani. Jeśli mam być szczera, to ja o tym strachu siedzącym w
środku mnie wiem od dawna. Nie mam zielonego pojęcia, czy kiedykolwiek uda mi
się go ostatecznie pokonać. Pewnie nie. To jedna z chorób dzisiejszego świata.
Zaczyna się już w momencie, kiedy uczymy się wszystkiego tego, czego nie wolno,
i że wyróżnianie się nie jest prawidłowe, a także nie przyniesie nam w życiu
niczego, co potrzebne. Ale do czego zmierzam od początku tej notki: starajmy
się nie podejmować decyzji, które dyktuje nam nasz strach (pomijam śmiertelne
ryzyko). Bądźmy czujni i po każdym wyborze zastanówmy się, co nami pokierowało.
Uczmy się i innych, że w każdym człowieku jest potęga, często ukryta, ale na
pewno jest. Odkryjmy, jak z niej odpowiednio korzystać, jak potrafić się
przeciwstawić złu, ale również jak potrafić się do niego przyznać. Prawdę
mówiąc, polegając na słowach mojej cioci (które pewnie kiedyś przytoczę, o ile
już gdzieś tego nie zrobiłam), ta siła bierze się z miłości. Miłości nie tylko
do innych, ale i do nas. Niech do życia nie napędza nas strach, niech robi to
miłość. Jeśli się dłużej zastanowimy, to „pokochaj siebie” nie są jedynie
pustymi słowami. Jeśli pokochamy siebie, pokochamy innych. Kochając siebie, dajemy
innym to, co w nas najlepsze, ponieważ nie czujemy potrzeby zadawania ran dla
uzyskania szczęścia. Oczywiście, człowiek jest jedynie człowiekiem, nigdy nie
pozbędzie się do końca swojego strachu, ponieważ jest to powód naszego
przetrwania do dnia dzisiejszego (w ten pokręcony, ale wciąż logiczny sposób).
Po prostu ten strach nie jest już tym samym, czym był miliony lat temu. To są
dwa kompletnie różne rodzaje strachu, tak doszłam właśnie do wniosku. Jeden z
nich służy do obrony siebie, drugi powoduje cierpienie nie tylko innych, ale
także nasze. Twoje. Ten drugi bierze się z tego pierwszego, bo znikąd się nie
wziął (postrzegam emocje i uczucia jako energię, a jak powszechnie wiadomo,
energia znikąd się nie bierze i nigdzie nie ginie). Z drugiej strony, jesteśmy
go też podświadomie uczeni przez innych, bo dziecko, małe, kruche, czyste,
niedawno urodzone dziecko nie zna niebezpieczeństw i dopiero z czasem dowiaduje
się o istnieniu strachu. W ogóle im
więcej o tym teraz piszę, tym więcej mam jeszcze ochotę napisać, mam coraz
więcej łączeń w głowie, coraz więcej przemyśleń na ten temat… Ale kto będzie to
wszystko czytał? Powtórzę mój przekaz po raz ostatni, ponieważ uważam, że
pewnie sam dojdziesz do tych samych wniosków ostatecznych, jeśli trochę nad tym
pomyślisz, czytelniku. Kiedy masz trudną decyzję do podjęcia, trudne pytanie do
odpowiedzenia, stań przez chwilę, nie pozwól się pospieszać. Biorąc głęboki
wdech przeanalizuj wszystkie wybory. Dopasuj, które z nich są prawdą, a które
kłamstwem. Wybierz między strachem, a miłością. Wydychając powietrze, daj
odpowiedź, z którą umysł, dusza oraz serce się zgadzają. Wtedy będziesz czuł,
że to była poprawna decyzja, bez względu na dalszy rozwój wydarzeń. Nie
będziesz miał w stosunku do siebie wyrzutów, więc będziesz szczęśliwy. Człowiek
szczęśliwy, to człowiek dobry. A dobroć siłą rzeczy wyciąga na wierzch miłość,
dzięki której możesz dać od siebie to, co najlepsze. A przynajmniej w to
wierzę. I będę usilnie starała się udowodnić, że tak właśnie jest.
piątek, 26 września 2014
Jestem wariatką!
Jestem na siebie zła. Bardzo zła. Cholera! Jest tyle
poważnych problemów na świecie, a moim zmartwieniem jest to, że go nie zobaczę
w ten weekend. Właściwie to nawet nie jestem zawiedziona, że tak się stało, ani
nawet smutna, bo wewnętrznie czułam, że tak to się skończy. Jestem zwyczajnie
zła, ponieważ wciąż próbuję znaleźć sposób. Cały czas kombinuję mimo woli,
część mnie wmawia sobie, że jednak uda mi się z nim spotkać jeszcze jutro. Że „przypadkiem”
pojadę na dworzec i go zobaczę. I zdaję sobie sprawę, że on to przeczyta. Ale
tematyka tego bloga, to przemyślenia. A te są moje i potrzebuję je uwolnić bez
względu na to, kto na nie patrzy. Nie potrafię się pogodzić ze znaczeniem słowa
„nie”, kiedy chodzi o spotkanie z nim. Nie przyjmuję do wiadomości. Rany, czy
ja jestem jakąś wariatką? Cholera (po raz kolejny), przecież ja go prawie nie
znam! Co jest ze mną nie tak? Nawet nie jestem pewna, co czuję, kiedy na niego
patrzę. Po prostu chcę, żeby był obok i dawał mi upragnione bezpieczeństwo.
Wtedy czuję się dobrze (bo to jedyne dwie emocje/uczucia, których jestem pewna).
Ale boję się, że jeśli dalej będę tak postępować, to zacznę być zwyczajnie
męcząca. Piszę za dużo, wciąż mam wrażenie, że mu przeszkadzam. Wygląda na to,
że prawie 200 kilometrów to spora odległość. Nie chcę być nachalna. Ale ilekroć
próbuję dać mu święty spokój, przestaję panować nad palcami. Nie potrafię też zapomnieć,
jak go potraktowałam dziś w nocy. Mam potężne wyrzuty sumienia. I tu objawia
się, jak bardzo egoistyczną osobą jestem: napisał mi, że się nie gniewa, jednak
sama muszę się uporać z własną winą. Czasem bywam okrutna, a on po niecałych
dwóch miesiącach znajomości poznał już tego namiastkę (a właściwie namiastkę
namiastki, bo to było nic w porównaniu z teatrzykiem, jaki potrafię, niestety,
odstawić). Jak dalej się to wszystko potoczy? Jest ze mną coraz gorzej. Właśnie
zdałam sobie sprawę, że kiedy zaczynałam tę notkę, oszukiwałam sama siebie. Nie
jestem zła tylko na mnie. Jestem zła, smutna i sfrustrowana, że jego tu nie
będzie. Denerwuje mnie, że nie mogę po prostu go zobaczyć, kiedy tego
potrzebuję, a mnóstwo innych osób ma tę szansę i tego nie docenia. Nie chce mi
się z nikim rozmawiać, nie chcę widzieć nikogo innego poza nim. Ale co, jeśli
go zranię? Ja nie wiem, co czuję i może się okazać, że wcale nie to, co
powinnam. A że mam zarypisty talent do niszczenia czego tylko się tknę, to boję
się. Zwyczajnie się boję. Marzę, żeby być możliwie jak najlepszym człowiekiem,
ale tylu głupot chyba nikt nie popełnia. Może blokuję uczucia i emocje? Może
jest to zwykły mechanizm obronny? Kocham i nienawidzę cierpieć. Kocham,
ponieważ to stan, który mijając przynajmniej czasowo mnie umacnia i wiem, jak
sobie radzić z tym wewnętrznym bólem. Nienawidzę, bo wiem, jak sobie z nim
radzić, a to oznacza, że trochę za dużo tego było do tej pory. Starsi
(przynajmniej część) zaraz pomyślą, jak piętnastolatka mająca wszystko do szczęścia
potrzebne może cierpieć. Cóż, ja jedynie mogę przypomnieć, że człowiekiem nie
zaczyna się być w wieku 20, 25 czy 30
lat. Człowiekiem jest się od poczęcia. A jednym z darów człowieczeństwa jest
możliwość posiadania uczuć i emocji. Pięcioletnie dziecko może cierpieć tak
samo, jak trzydziestoletni dorosły, któremu życie trochę rypnęło i nie potrafi
się podnieść. Oczywiście, nie porównuję się do osób głodujących, bezdomnych,
bitych, żyjących w ciągłej obawie. Ale wierzę, że każda, nawet najmniejsza
emocja ma bardzo podobną wartość. W końcu to, co czujemy w określonych
sytuacjach czyni nas tym, kim jesteśmy. Jedni poczują smutek, podczas gdy inni w
tej samym momencie poczuliby determinację, strach i wiele innych (ciężko podać
więcej przykładów bez sprecyzowanej sytuacji, a zależy mi na szybkim pisaniu,
aby napisać wszystko, co chcę i o niczym nie zapomnieć). Powracając jednak do
tematu: cierpienie, które czasem czuję (kiedyś wręcz często) jest głównie moją
winą. Jestem zbyt wrażliwa, za łatwo odsłaniam miejsca, które najbardziej bolą.
Rosnę w siłę, by być zawsze przygotowana na każdy cios, ale co, jeśli ktoś
zadaje ciosy nieświadomie? A co, jeśli w ogóle sama się okaleczam? Tak, to
zdecydowanie drugie pytanie powinnam sobie zadać. Chyba za dużo się doszukuję i
za dużo sobie obiecuję. A potem znajduję sobie pretekst do zranienia samej
siebie i zwalam winę na innych. Oficjalnie stwierdzam: jestem wariatką.
PS
Tęsknię za Tobą, chłopaku z karabinem. Może minąć dzień, tydzień, a nawet miesiąc od naszego spotkania, ale tęsknię bez względu na to. To silniejsze ode mnie, choć bardzo chciałabym, żebyś nie musiał dźwigać tego ciężaru.
PS
Tęsknię za Tobą, chłopaku z karabinem. Może minąć dzień, tydzień, a nawet miesiąc od naszego spotkania, ale tęsknię bez względu na to. To silniejsze ode mnie, choć bardzo chciałabym, żebyś nie musiał dźwigać tego ciężaru.
wtorek, 9 września 2014
Dwie poziome i jedna pionowa !
"Co Ci się stało w twarz?", "Czemu masz pocięty policzek?"- Własnie to usłyszałam na przywitanie od klasy. Tak bardzo było to widać? Tak bardzo było widać trzy cieniutkie kreski na moim policzku? Zaraz, zaraz....zacznijmy od początku! Godzina 6.00 rano dzisiejszego dnia obudziła mnie mama. Postanowiłam, że będę myć głowę z rana tak jak robiłam to na wakacjach. Mam długie włosy, szybko robią się tłuste (przy letniej pogodzie to już w ogóle...!) Kiedy myje rano są świeże aż do wieczora, no nie ważne- nie o tym ta notka...Poszłam się do łazienki, nie patrząc w lustro udałam się umyć głowę. Po zrobieniu tego zawinęłam na głowie ręcznik. Stanęłam przed lustrem i ujrzałam...właśnie. Co to takiego było? Trzy rany na moim policzku. Długie wąskie kreski, bardzo płytkie. Jakby ktoś przejechał po mojej skórze ostrym nożykiem, lecz bardzo delikatnie. Dwie kreski poziome, jedna pionowa. Od czego to? Pies, może kot? Żadna z tych opcji do mnie nie przemawia. Drzwi były zamknięte więc kot nie miał prawa wejść do środka, a jeżeli już.. nie wszedł by do mnie do łóżka-nigdy tego nie robił, co nagle miało by się zmienić? Pies ma na to miast za grube pazury! Przez cały dzień myślałam. Zadawali mi pytania "Jak tyś to zrobiła?" Ja im nie umiałam odpowiedzieć...Odpowiadałam "nie ważne". Do czasu kiedy przypomniał mi się mój sen...Dzięki niemu straciłam wiarę w to, że podrapał mnie kot...chodź jest jeszcze opcja, że sama sobie to zrobiłam moimi pazurami (co się wcześniej nie zdarzyło) a sen o którym zaraz napiszę...to czysty zbieg okoliczności! Ale czy na pewno? A więc..Sen opowiadałam już Dizaku, chodź bardzo w skrócie. Śniło mi się, że leżałam na ciemnej sali. Na de mną jedno blade, białe światło. Ktoś ciął mi policzek. Nie wiem czym, widziałam tylko ciemne ręce-wręcz czarne! Czy komuś z was się to zdarzyło? Mi pierwszy raz. Myślę czy może się to powtórzyć. Sama nie wiem...Nie mam pojęcia!
:))
:))
Subskrybuj:
Posty (Atom)












